29 grudnia 2010

Cóż powiedzieć...

Nie było mnie tu od dawna, tak. A życie biegnie strasznym galopem do przodu. Tyle się wydarzyło, że nie wiem, o czym pisać.
Z pewnością stwierdziłam, że nie mam talentu do języków obcych. Równo zawalam angielski jak i niemiecki, nic nie rozumiem na lekcjach, a to wszystko, co wprowadza się na lekcji przeraża mnie. Nie dość, że mam korepetycje z matematyki, fizyki i chemii to jeszcze języki obce leżą i kwiczą!
Z przedmiotów plastycznych nie jest źle, jedynie rysunek błaga o poprawę. Zaprezentuję wam dwie prace z tej lekcji:


Praca nad którą siedziałam łącznie 15 godzin lekcyjnych. Chyba najlepsza, jaką zrobiłam na lekcjach.


Trochę niewyraźne zdjęcie, ale przeżyjecie. To też praca z rysunku, mimo, że robiona farbami. Jeszcze z września.

Tu jedna praca z przedmiotu zwanego Techniki Graficzne:

Żeby uzyskać takie coś, to najpierw trzeba wyciąć odbicie lustrzane w linoleum specjalnymi nożykami. Ogólnie to zabronione jest robienie kratek, ale w mojej pracy były potrzebne, żeby ta papuga nie była nudna.

A teraz tak inaczej:


Praca, która miała jechać na konkurs, ale prawdopodobnie nie pojedzie bo nie jest na "poziomie liceum plastycznego" jak to stwierdził jeden nauczyciel.


Praca na tak zacny przedmiot, jakim jest... religia.

I zakończę ten niemiłosiernie długi post nowym rozdziałem mojego nowego opowiadania. Za błędy przepraszam.

Rozdział Pierwszy
Ta noc była wyjątkowo ponura, nawet jak na tę część królestwa. Księżyc wraz z błyszczącymi gwiazdami schował się za ciemnymi, szybo płynącymi chmurami. Ciężko było określić, która godzina, gdy wszędzie panował mrok, a na dodatek nie miało się zegarka. Miasto spało, pijak zalegający pod sąsiednim budynkiem również. Mimo świszczącego wiatru żadne okiennice nie trzaskały, wszystko trwało w bezruchu. Psy nie wyły, nie było słychać płaczu ani krzyków maltretowanych ludzi, głównie niewolników. Szczęk mieczy uderzających o siebie ustał dawno temu.
Było po prostu cicho. Jakby martwo.
Verrine również trwała w jednej pozycji. Kucając, próbowała oszczędnymi ruchami opanować szalejące kosmyki włosów oraz łopoczącą pelerynę. Materiał upstrzony był plamami szarości, brązu, czerni. Te kolory pomagały ukryć się przed ludzkim okiem w mieście. Dziewczyna posiadała jeszcze trzy takie, o różnych barwach i z każdej była niezmiernie dumna. Wyszkolenie ułatwiało jej „znikanie”. Nie robiła się niewidzialna, w tym nie było żadnej magii. Potrafiła dostosować się do poruszających cieni, stawiać odpowiednio kroki, wręcz bezszelestnie. Jednak sytuacja, w której teraz była nie wymagała tych zdolności. Na nic się nie zdały.
Dostała najgorsze miejsce do obserwacji na świecie! Do tego okłamali ją, miało nie być dzisiaj żadnego wiatru!
Zdenerwowana, że przez głupi żart kolegów może zepsuć całą misję, położyła cię na plecach i związała rzemyki peleryny. Ta owinęła się ciasno wokół jej ciała, utrudniając ruchy. Ale ona nigdzie nie miała zamiaru iść, co najmniej przez kilkanaście następnych minut. Przekręciła się na brzuch i zwiesiła głowę poza krawędź budynku. Całe szczęście dach był płaski, a budynek wystarczająco wysoki, by normalni ludzie nie dostrzegli jej z dołu. Zresztą, rzadko kto spogląda w górę.
Czarne kosmyki, które uciekły z ciasno związanego warkocza, tańczyły wokół jej twarzy wraz z szalejącym wiatrem. Wbiła wzrok w wejście budynku, gdzie przebywał cel. Dom był ceglany, rozsypujący się. Szyby zostały już dawno wybite, a ziejące czernią dziury zostały zabite deskami. Dwuspadowy dach był w okropnym stanie, wyglądał jakby miał za chwilę się zawalić, co było zresztą prawdopodobne. Drzwi zastępowała stara porwana szmata. Koło tego wejścia leżał mężczyzna, jednak nie potrafiła stwierdzić czy jeszcze żył. Czy ta krew, którą miał na sobie była jego czy jakiegoś innego pechowca.
Po kilkunastu minutach wpatrywania się w przestrzeń zaczęło ogarniać ją znużenie. W tym czasie mogłaby sprawdzić pozostałe punkty obserwacyjne, bo idioci nie odzywali się od dłuższego czasu. Jednak tu była w tej chwili sama i nie mogła opuścić tego miejsca.
Przebiegł ją dreszcz. Ktoś tu był. Tuż za nią.
Jej ciało same zareagowało. Szybko uklękła, wyciągnęła sztylet z pochwy na łydce i poderwała się do pozycji stojącej, zawieszając wzrok na intruzie. W tej samej chwili poczuła dotyk ostrza na szyi.
 Przez swoją nieostrożność stracisz kiedyś głowę. Skryci tylko na to czekają.
 Nie dzisiaj. Co tu robisz? – spytała, chowając sztylet.
Przyjrzała się wściekła swojemu gościowi. Mężczyzna miał na sobie luźno zwisające spodnie w czerwono czarne, pionowe pasy. Czarne, skórzane buty, podbite grubą podeszwą były już znoszone i brudne. Płaszcz, w identycznych kolorach co Verrine dokładnie przylegał przy jego ciele, rozszerzając się od pasa do łydek. Ręce miał ukryte w rękawiczkach, noszonych przez magów – z odkrytymi palcami. W prawej dłoni dzierżył długi, dobrze naostrzony miecz. Przeniosła wzrok na jego twarz.
Jak zwykle się uśmiechał, ironicznie, drwiąco. Przyglądał się jej tymi swoimi lekko zmrużonymi oczami o czerwonych tęczówkach. Jego krucze włosy były związane na karku w luźny węzeł, za pomocą czarnej wstążki trzymały się i nie zasłaniały jego twarzy.
 Nie powinno cię tu być, Astaroth.
 Ale jestem, by jak zwykle uratować twój tyłek, kotku.
 Nie mów do mnie kotku!
Ostrze trzymane przez chłopaka mocniej wbiło się w jej skórę. Poczuła jak stróżka krwi zaczęła spływać po jej szyi.
 Chcę ci powiedzieć, że zostałaś sama. Wszyscy twoi pomocnicy dostali fałszywe rozkazy, niby od ciebie i aktualnie są w drodze na drugą stronę miasta…
 Miałeś coś z tym wspólnego?
 Twój cel posługuje się magią, nie musiałem mu pomagać. Jest całkiem dobry, a jego zaklęcia zabiłyby cię po pierwszym ataku. Wie, że tu jesteś… W sumie to dowiedział się wszystkiego, co chciał wiedzieć. A wszystko przez to, że dumna Verrine unika magii jak Skrytych.
 Skąd…
Najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć. Informacje, które otrzymała o celu, były jednoznaczne, nie mówiły o „całkiem dobrym magu”! Miało nie być problemów! Chciała zakończyć tą sprawę jak najszybciej i dostać ten cholerny awans! Westchnęła i tupnęła nogą ze złości. Chłopak widząc jej reakcję ukrył miecz pod płaszczem. Z przyjemnością oglądał, jak zaczyna się denerwować, jak toczy bitwę wewnątrz siebie. Do tego ta chęć mordu w jej oczach!
 To ty zmieniłeś dane mojego celu?
 Nie.
 A miałeś cos z tym wspólnego?
Tylko się szerzej uśmiechnął. Verrine westchnęła z irytacji.
 Cholera, Astaroth! To może się bardzo źle skończyć dla nas!
 Nie stanie się tak, bo ja tu jestem. No, beze mnie na pewno byś zginęła! Jednak też nie martw się o podział pieniędzy za zaliczoną misję, jest ich dwóch więc dostaniemy po połowie…
 Dwóch!? Astaroth ja cię kiedyś zabiję! Jakieś jeszcze niespodzianki o których nie wiem?
 Nie są do końca ludźmi. Magiem zajmę się ja, a ty tym patałachem, co myśli, ze umie posługiwać się sztyletami.
 Miał być tylko jeden trup…
 Będą dwa. Chodź, musimy się przenieść tam gdzie oni.
 Uciekli nam!?
Odwróciła się i spojrzała w dół. Usłyszała jego śmiech. Zirytowana kopnęła leżący kamyk.
 Przenieśli się gdzieś indziej za pomocą magii?
 Tak. Rzucili nam wyzwanie, a ja je przyjąłem.
 Dobra, nie czas na rozmowy! Przenieś nas do nich, już!
 Za chwilę. Tylko jeden szczegół, chcę używać swojej pełnej mocy podczas walki.
Dziewczyna wściekła jak nigdy dotąd nie skojarzyła o czym on mówił. A gdy w końcu zrozumiała było za późno na protesty. Złapał ją delikatnie i odchylił jej głowę do tyłu. Zbliżył się, poczuła jego ciepły oddech owiewający jej szyję. Przejechał po skórze językiem, zlizując całą krew, która wypływała z nacięcia. Przyłożył usta i zębami zrobił większą ranę.
Chciał więcej. Poczuł jak dotąd uśpiona moc budzi się, rozprzestrzenia po jego ciele.
Verrine zaczęła się wyrywać. Odskoczyła od niego, łapiąc się za szyję. Astaroth oblizał się, a jego oczy rozbłysły jeszcze ostrzejszą czerwienią.
 Nigdy więcej tego nie rób!
 Kotku, na tym polega nasz pakt. Przyzwyczajaj się. A ty nie chcesz…?
 Nigdy! Przenoś nas, już!
W jednej chwili grunt uciekł jej spod nóg, a świat wybuchł kalejdoskopem barw. Zamknęła oczy i zacisnęła pięści. Nienawidziła tego. Zaraz potem poczuła zapach deszczu i mokrego lasu, następnie wylądowała w wilgotnej trawie. Otworzyła natychmiast oczy i rozejrzała się.
Przenieśli się na polankę, gdzieś w środku lasu. Cała przestrzeń była dokładnie oświetlona magicznymi płomieniami. Dzięki nim dostrzegła ich przeciwników, stojących niedaleko.
A na środku w ziemię wbita była włócznia, oznaczająca uczciwy pojedynek, jeden na jednego. Tradycja, która powoli się zatraca. „Trafili się rycerze z dawnego królestwa, niech ich szlag” pomyślała Verrine i powoli ściągnęła z siebie pelerynę.
Na pierwszy rzut oka widać było, że nie są do końca ludźmi. Jeden z nich, miał na sobie zniszczone ubrania uczonego, psie uszy, wystający ze spodni ogon oraz łapy zamiast rąk i stóp. Jego kolega, który trzymał sztylety w obydwu ludzkich dłoniach miał psi pysk zamiast twarzy, sierść zamiast włosów i lekko oklapnięte uszka. Jedynie jego oczy pozostały ludzkie. Na odsłoniętych ramionach dało się zauważyć sporo blizn oraz świeże rany. Miał na sobie lekko dziurawą kolczugę. Można było również dostrzec, że jego nogi były schowane za normalną zbroją.
Verrine zaklęła i zaczęła rozmasowywać sobie ramiona. Zapowiadała się ciężka walka. Zaczęła się bać, że może przegrać.
 Nie możesz przegrać, Ver – odezwał się poważnie Astaroth. Uśmiech zniknął z jego twarzy. – Twoja porażka jedynie utrudni nam życie, wiesz?
 Wiem! Martw się lepiej o siebie.
Ich wrogowie podeszli bliżej włóczni, więc i oni zrobili to samo. Dziewczyna swoją pelerynę zawiesiła na jej rękojeści, zaznaczając tym samym, że wyzwanie zostało przyjęte.
 Czysta walka – odezwał się psi mag. Jego głos był dziwnie zmutowany. – Walka trwa aż do śmierci przeciwników. Żadnych sztuczek. Wiecie co to znaczy, psy Ignis?
 Nie sądzę byś ty ze swoim wyglądem mógł nazywać nas psami – odpowiedział Astaroth, a jego pewność siebie wróciła.
Ten co trzymał sztylety zawarczał. Verrine miała ochotę mu odpowiedzieć. Chłopak to zauważył i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
 Zaczynamy?
Oboje kiwnęli głowami. Astaroth przeszedł na drugą stronę polany, a przeciwnik dziewczyny zbliżył się do niej. Honorowa walka pozwalała przygotować się do niej, przez pięć minut. Obydwoje bez słów się zrozumieli, zajęli miejsca naprzeciwko i zaczęli się rozciągać.
U magów walka się już rozpoczęła. Słyszała wykrzykiwane zaklęcia i ścierające się ze sobą dziwne magie. Nie patrzyła w ich stronę. Miała na głowie własne problemy, aktualnie gapiące się na nią z otwartą paszczą pełną ostrych zębisk.
Odpięła od siebie długą pustą pochwę, by nie przeszkadzała jej w walce. Złapała miecz do ręki i zrobiła kilka zamachów, rozluźniając nadgarstek. Ostrze było obusieczne, wykonane przez świetnych rzemieślników z Coelu. Dostała go od matki, gdy ta jeszcze żyła. Do drugiej ręki wzięła sztylet, by móc się lepiej bronić.
Odetchnęła głęboko, przybrała pozycję i kiwnęła głową, że jest gotowa do walki. Psi wojownik wstał, cicho warknął i ruszył w jej stronę.
Od strony magów usłyszała skowyt ranionego psa.
Nie zdążyła mrugnąć okiem, a jej wróg już był przy niej. Siedem metrów pokonał jednym, długim skokiem. Jej miecz cicho jęknął, gdy zderzył się ze sztyletem, wzmocnionym czarami. Poczuła, że jego drugie ostrze przecięło jej nagą skórę na ramieniu. Szybko odskoczyła, robiąc dwa salta w tył. Pomyślała, że to nie jest mądre z jej strony stawać do walki w zwykłej koszulce na krótki rękaw. Gdy ta myśl pojawiła się w jej głowie, przeciwnik już był przy niej. Nie dawał jej chwili wytchnienia, w powietrzu ciągle rozbrzmiewał dźwięk uderzanych o siebie ostrzy. Psi wojownik ciągle na trafiał na doskonałą obronę. Zdołał ją zranić zaledwie kilka razy.
Niestety obrona to nie wszystko. Pies był niesamowicie szybki. W jednej chwili pojawiał się po prawej i ciął szybkim ruchem z góry, celując w szyję, by zaledwie ułamek sekundy później pojawiać się z lewej strony, tnąc po jej nogach. Verrine szybko zrozumiała, że w takim tempie przegra. Jednocześnie wściekła się, bo wyczuła od niego magię.
 I kto tu nie używa sztuczek, głupi kundlu!
Skupiła się. Postanowiła zmienić obecną sytuację. Odbiła jeden sztylet za pomocą miecza, pozwoliła się zranić drugim. Przeciwnik zaskoczony brakiem obrony nie odskoczył. Ostrze wbiło się w jej ramię, jednak nie poczuła bólu. Wykonała szybki piruet, podcięła go i zadała cios krótszym ostrzem, wbijając je w odsłonięte plecy. Zarył pyskiem w ziemię, a w miejscu trafienia zaczął rozkwitać czerwony kwiat, otaczając srebrną rękojeść. .
Verrine wyrwała sztylet, pozwalając krwi swobodnie płynąć po jej ręce. Na twarzy psa odmalowała się panika, gdy odczuł wszystkie drobniejsze rany, zadane przez dziewczynę. Nie spostrzegł, gdy znów zaatakowała. Tym razem trafiła w jego lewą dłoń, przez co pies musiał wypuścić swój drugi sztylet. Gdyby użyła większej siły, mogłaby mu ją odciąć.
Poczuła ból. Nie dostrzegła gdy pies wyciągnął trzecie ostrze i rzucił nim. Swobodnie przeszło przez jej brzuch. Następnie kopnął ją z całej siły w pierś, łamiąc tym samym kilka żeber. Poczuła, że traci grunt pod nogami. Przeleciała w powietrzu kilka metrów do tyłu, a drzewo, które ją zatrzymało, wycisnęło całe powietrze z jej płuc. Osunęła się na ziemię z cichym jękiem. Zaczęła kaszleć krwią, tak samo jak czołgający się w jej stronę pies. Wyciągnęła ze spodni krótkie ostrza, wielkości jej wskazującego palca, które były idealne do rzucania. Wiedziała, że nie da rady wstać i musiała go pokonać będąc w takiej pozycji.
Dysząc, wycelowała i rzuciła, trafiając w cel – prawe oko psa. Po lesie rozniósł się okropny skowyt, wywołujący dreszcze na plecach. Drugi nożyk przemknął nad jego głową, lekko raniąc sterczące ucho. Trzecie wbiło się w futrzaną szyję psa. Następne dwa przeleciały obok niego, wbijając się kilka metrów dalej w ziemię. Miała nadzieję, że jej wróg się wykrwawi nim dotrze do niej. Nie miała siły wstać. Próbowała ignorować ból, który nachodził ją falami. Nogi jej drżały, z ust sączyła się krew, a rękami tamowała teraz to, co wypływało z ran na brzuchu.
Psi wojownik wyglądał upiornie ze sklejoną sierścią, z sztyletami wystającymi z oczodołu i szyi. Miał na wpół odciętą rękę, którą ponuro wlekł za sobą. Czerwień wypływała z jego pyska, zostawiając plamy na trawie. Głośno warknął, zaskamlał i padł martwy na kilka metrów od leżącej Verrine. Odetchnęła.
W tej chwili potrzebowała Astarotha. Musiała trafić do Corban, inaczej nie wyjdzie cało z tej bitwy. Musi zdać raport… Miała wrażenie, że cała grupa oberwie i będzie musiała odpracowywać najgłupsze kary, a chłopak zostanie nagrodzony. Zawsze tak było, ta misja miała to zmienić!
Z wielkim wysiłkiem i z marnymi skutkami próbowała wstać. Po wielu próbach, przekleństwach i nowego bólu, bólu naciągniętych mięśni, udało jej się, jednak od razu kolana się pod nią ugięły. Nie miała siły, na nic.
Poczuła, jak ktoś ją łapie.
 Złożyłbym ci gratulacje, gdyby nie to, jak wyglądasz.
 Bardzo śmieszne, spojrzałbyś na siebie.
Astaroth też dobrze nie wyglądał. Ubranie miał w strzępach, krew ciekła mu ze wszelkich możliwych miejsc, a jego dłonie były poparzone od magii.
 Muszę zebrać swój sprzęt…
 Zebrałem już.
 Zabierz mnie do Corban…
 Dobrze. Należy ci się odpoczynek.
Nie była pewna, czy te słowa padły z jego ust czy je sobie wyobraziła. Gdy chłopak ich przeniósł z powrotem do miasta ledwo potrafiła utrzymać się na granicy rzeczywistości a omdlenia. Traciła kontakt ze światem. A miała tyle rzeczy jeszcze do zrobienia…!
Zresztą, nie ważne… Astaroth się tym zajmie…

11 listopada 2010

Czas ucieka.

Dopiero dzisiaj spostrzegłam, że tak dawno mnie tu nie było. Szkoła, nauka i dodatkowe zajęcia pochłonęły mnie bez reszty. A czas przeminął niespodziewanie szybko. Już jest listopad, prawie że połowa miesiąca. Cóż poradzić. Tyle sie wydarzyło...
Może zacznę od pozytywnych aspektów nowego miejsca do życia. Nowi wspaniali ludzie. Nowe doświadczenia, wiedza. Jestem cała w przysłowiowych skowronkach, czuję, że robię to, co powinnam robić. Jestem tam, gdzie powinnam być. Poznałam ludzi, którzy chcą ze mną przebywać i nie zwracają większej uwagi na moje odchyły. Przyjmują mnie taką, jaką jestem. Czuję się trochę źle, bo nadal żyję z pewną maską, gram pewną rolę. Ale, prawdziwa ja prawdopodobnie powoli wychyla się z otchłani świadomości. Nie cała, ta bardziej mroczna strona nadal pozostaje schowana. Bardzo dobrze. Jest lepiej.
Cieszę się, że moje kontakty z przeszłością właściwie przepadły. Czasem widzę kilkanaście ludzi na ulicy, mówimy sobie sztuczne "cześć" i rozchodzimy się. Może to nie dobrze, ale czuję, iż narodziłam się na nowo. Życie nabrało jakby bardziej wyrazistych barw.
Co nie znaczy, że nabrałam chęci, by żyć. Ta pustka w środku mnie, nadal jest. Nadal mnie hamuje, nie mogę iść na maksa do przodu. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Czasem mam ochotę rzucić wszystko w diabły, znaleźć jakieś miejsce, zamknąć się i zniknąć. Tak po prostu. Widocznie brakuje mi odwagi, by żyć.

W szkole jest ciężko. Pozytywnie ciężko. Mam tyle pracy, że czasem zapominam o pustce. Milion rysunków, prace miesięczne, projekty, szkice... Plus nauka. Czasami odbija mi, mam nadzieję napisać maturę z chemii i biologii, ale to nie przejdzie. Ja po prostu chemii nie rozumiem, a biologia mi nie wchodzi. Niestety, ale to jedno marzenie musi się schować. Albo przypadkiem wpaść do niszczarki. Wiem, że zdaję z rozszerzonego polskiego. To jest pewne. Ale, chyba za szybko o tym myślę, w końcu jeszcze trzy i pół lat nauki.

PS. Bardzo często jestem tutaj: http://makkurovanil.deviantart.com/ Tutaj również zamieszczam swoje prace artystyczne, więc jak ktoś ciekawski, zapraszam.

No i chciałabym się pochwalić. Wygrałam w konkursie! Było trzeba napisać opowiadanie grozy na ileś tam słów. Nagrodą była darmowa wejściówka na horror festiwal, który odbywał się ostatnio w Multikinie. Byłam jedną z dziesięciu osób, które zwyciężyły. Postanowiłam opublikować to opowiadanie tutaj.
Od razu za wszelki9e błędy przepraszam. Życzę miłego czytania.
podobno straszne, uprzedzam. Ja sama mam mieszane uczucia co do tego. Jednak nie wydaje mi się to, aż tak straszne...

MROK I CIEŃ

Dzieci od wieków się czegoś boją. Potworów w szafie, pod łóżkiem. Wydłużających się cieni zaraz po zgaszeniu świateł. Złych ludzi oglądających ich zza nie zasłoniętych niczym okien. Samotności w pomieszczeniu, gdzie panuje ciemność, ledwie, co zwalczane światłem gwiazd. Wiadomo, gorzej mają ci, których okna są zasłonięte. Jednak, jeżeli tak nie jest, boją się w nie spojrzeć. Boją się tego, co może się w nich ukazać.
Rafał był siedmioletnim chłopcem, który bez światła nie mógł zasnąć. On ich wszystkich widział. Nie wierzył słowom zadławionych szarą codziennością dorosłych, wiedział, że oni tam są. Obserwują go, gdy tylko nadejdzie ciemność, siostra nocy. Wyczekują tej chwili, gdy będą mogli porwać go do swojego świata, zastraszyć, zabrać resztki zdrowej świadomości. Porwać na strzępy duszę, przyprawiając rozum o nieziemskie katusze, a serce przebić tysiącem niewidzialnych szpil.
Był tam już kilka razy. I wiedział, że to nie były koszmary, nawiedzające go, co noc. One są po to, by go zastraszyć. By jego serce nasiąknęło strachem, bólem, grozą. Są jedynie przedstawieniem tego, co spotyka innych, którzy dali się złapać. Podczas niespokojnych snów błądzi po ich świcie niczym cień, obserwując tych, którzy się poddali.
Kilka razy, gdy jego matka, opanowana przez mrok, zgasiła mu światło zaraz po uśnięciu, cienie wciągały go w swój świat. I chociaż jeszcze ani razu nie poczuł na własnej skórze jak to jest, być poddawanym jednej z ich wymyślnych tortur, kazali mu patrzeć. Kazali wsłuchiwać się w błagający o litość krzyk, obserwować maltretowane dusze, smakować ich krwi, ich lęku. Nienawidził ich z całego serca, chciał pomóc, a widząc swoją pierwszą miłość w ich szponach, chciał wejść na jej miejsce. Ale cóż z tego, on był tylko gościem. W pewnym sensie był zdrajcą ludzkiego świata, bo on wiedział a inni nie. Starał się porozumieć z dorosłymi, tłumacząc im, że to się dzieje naprawdę. Że te dzieci, które opuszczają we wczesnych latach świat żywych, cierpią katusze w nocy. I tam zostają, ich zmaltretowane dusze nie idą do żadnego Nieba, jak myślą. Nieba nie ma. Jest tylko mrok i cień.
Kto by słuchał takiego dzieciaka. Bredzi. Jest zastraszony swoją wyobraźnią. Nikt mu nie wierzy. Nikt!
Nie wie, czemu, ale cienie chcą go mieć po swojej stronie. Nie jako kolejną snującą się, złamaną duszę. Cienie mówią, że nadejdzie czas gdy się dowie, dlaczego on.
Wraz z przybywającymi latami bał się ich coraz mniej. Wizyty w ich świecie uznawał za codzienność. W świetle dnia przebywał wraz z rówieśnikami w szkole, na podwórku. Zachowywał się jak każdy chłopiec. Robił to, co od niego wymagano. Tańczył tak jak mu zagrano. Najlepszy uczeń w szkole, jeden z lepszych graczy w piłkę nożną, bardzo dobry matematyk. Wygrywa konkursy. Jest dumą swoich rodziców, bogatych rodziców, którzy chcą by ich syn nie przynosił im wstydu. Ojciec jest z niego zadowolony. Chwali się nim przed kolegami. A jego młodsza siostra, jego śliczna, kochana, młodsza siostrzyczka robi za marionetkę w rękach matki.
Ona już się poddała. Dusza małej Laury błąka się w świecie cieni. Jest kartą przetargową w ich rękach. Rafał za Laurę. Wypuszczą ją, gdy tylko on będzie im potrzebny. W ciele małej dziewczynki mieszka tylko jej część. Oczywiście, dorośli tego nie zauważają. Uważają ją za chorą na umyśle. Zdarza jej się bełkotać bez sensu, mówiąc o dziwnych prawach. Opowiada o rzeczach, których dorośli nie mogą słuchać. Nie chcą słuchać.
Biedna, biedna mała Laura.
Rafał ma teraz szesnaście lat. Elektryczny zegarek, ze świecącymi ostrym czerwieniem liczbami, wskazywał drugą po północy. Leżał na swoim łóżku, mając słuchawki wepchnięte w uszy. Trzymał w rękach Boską Komedię i próbował skupić się na czytanych słowach. Na parterze trwała impreza i mimo wokalu jego ulubionej wokalistki, zgłośnionej na maksimum, słyszał tą okropną, skaczącą muzykę z dołu. W końcu skończył szesnaście lat, dorośli muszą to uczcić. I chociaż to było przyjęcie na jego cześć, nikt nie zauważył jego zniknięcia. Zignorował swoją rodzinę, osoby w jego wieku. Poszedł do pokoju, zamknął się i zaopiekował małą Laurą. Jedenastolatka aktualnie spała wtulona w jego bok. Wiedział, że teraz błąka się gdzieś po świecie cieni, ale nie chciał o tym myśleć. Ignorował również myśli, że te dzieciaki, które dzisiaj przyszły do niego w odwiedziny również tam są.
Poprawił lampkę nocną tak, by nie świeciła na śpiącą dziewczynkę. Widział poruszające się jej gałki oczne pod powiekami. Jak po twarzy przebiegają grymasy bólu, strachu. Czasem coś mamrotała pod nosem, zdarzało się jej nawet krzyknąć. To już było normalne. Przyzwyczaił się.
Niedawno stwierdził, że przestał się bać. Cienie towarzyszyły mu odkąd sięgał pamięcią. Stały się… elementem jego życia. Były bliższe niż rodzice, którzy nie mieli czasu dla niego. Westchnął głośnio i spojrzał na kłębiący się w pokoju cień. Zauważył jak on się poruszył i pomachał mu. Chcąc nie chcąc, podniósł dłoń i odmachał, na nowo zagłębiając się w lekturze.
Chwilę potem jego lista odtwarzania skończyła się, a w pokoju zabrzmiał szelest przewracanej kartki. Po upływających w ciszy sekundach, zrozumiał, że coś jest nie tak. Było za cicho. Z dołu nie dobiegały żadne dźwięki. Nawet siostra przestała mamrotać. Ściągnął słuchawki, z których dobiegał jedynie cichy szum. Zagiął róg kartki i odłożył książkę na bok. Przechylił się lekko i włączył światło w pokoju. Gdy wrócił do poprzedniej pozycji, krzyknął. Laury nie było w łóżku. Rozejrzał się, i wtedy ją ujrzał.
Drobna dziewczynka stała na środku pokoju. Miała luźno zwieszone wzdłuż tułowia ręce. Jej biała koszula nocna sięgała kościstych kolan. Chwiała się niczym wstążka na wietrze. Oczy, zwykle niebieskie, teraz były czarne, z czerwonymi białkami. Roztrzepane, odstające na wszystkie strony rude włosy tworzyły płomień wokół jej głowy. A zwinięta podkolanówka dodawała groteski tej całej sytuacji.
Uśmiechnął się, chociaż wiedział, że sytuacja raczej na to nie pozwalała.
- Już czas Rafale, już czas. Pójdziesz ze mną.
Słyszał jej głos, jednak był zmutowany. Wydawało mu się, że gdy Laura otwierała usta, mówiła kilkoma barwami dźwiękowymi, zarówno męskimi i kobiecymi.
- Kim jesteś? – spytał. – Gdzie mam iść?
Istota, która przemawiała przez Laurę zignorowała go i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę zamkniętych drzwi.
- Nie bój się ciemności. Cienie cię teraz nie wciągną – rzekła.
Nie rozumiał tej sytuacji, ale potulnie ruszył za siostrą. Dziewczynka zdecydowanie pociągnęła za klakę i wyszła na korytarz. Zatrzymał się i z lękiem spojrzał na ciemność. Pierwszy raz, od bardzo dawna przejdzie się w niej bez światła. Wyszedł na zalany ciemnością i mrokiem korytarz.
Gdy postawił stopę na włochatym dywanie, zajmującym podłogę, przeszedł go dreszcz. Poczuł jak zimny, a zarazem gorący, mrok obejmuje go, niczym koc. Przez chwilę zastygł bez ruchu, próbując się przyzwyczaić do tej dziwnej obecności, która przenikała jego ciało na wskroś, opatulała go i trzymała w ramionach. A potem szedł dalej, tam gdzie u kazano. Laura trzymała go za rękę, a jej nowe, czerwono czarne oczy, świeciły w ciemności. Ogólnie, całe jej ciało emanowało dziwnym blaskiem.
Zeszli po schodach. Wtedy Rafał zobaczył, dlaczego tak nagle zabawa się skończyła. Światło nadal się świeciło. Po ścianach i po podłodze wędrowały wesołe, kolorowe punkciki. Wieża stereo pokazywała skończenie się muzyki na płytach. Przy ścianach stały nadal wypełnione jedzeniem półmiski i alkoholem butelki. A wszyscy, którzy świętowali, leżeli na podłodze. Wyglądali, jakby poszli spać. Leżeli porozrzucani i bezwładni niczym szmaciane lalki. Mieli pootwierane usta oraz oczy, jakby to, co widzieli było straszne. Straszne na śmierć. Wiedział, że oni nie żyją. Był prawie pewny, że większość ich dusz powędrowała do tamtego świata.
W końcu i dorośli mieli prawo odwiedzić świat mroku i cienia. Oni z chęcią przyjmowali wszystkich.
Teraz uwierzą, że on miał rację!
Puścił rękę Laury, a ona pozwoliła mu podejść do leżących na ziemi ciał. Z obojętnością w oczach spojrzał na swojego ojca, wtulonego w matkę. Gdyby nie ta chęć zdobycia pieniędzy, byliby dobrymi ludźmi. Wspaniałymi rodzicami. Niestety w tych czasach liczyła się ilość zer na koncie bankowym. Pochylił się i zamknął ich puste oczy. Odgonił muchy z otwartych ust i pocałował ich w czoła. Ostatni raz rozejrzał się po wielkim pomieszczeniu.
Mimo wszystko mieli dobre życie.
On też.
I nagle dotarła do niego myśl, że już tutaj nie wróci. Opuści ten świat, wraz z ukochaną siostrzyczką.
Podszedł do ściany i wyłączył migające światełka. Następnie podszedł do wpatrującej się w niego Laury, złapał ją za rękę i wyszli z domu, zostawiając otwarte drzwi. Dziewczynka ruszyła dość szybkim krokiem, w stronę jeziorka, znajdującego się ścieżkę dalej. Dotarli tam po pięciu minutach.
Spojrzał na spokojną taflę wody i odbijający się w niej pełny księżyc. Kawałek dalej zawył pies, a zaraz po nim następne. Usłyszał kruka i trzepot skrzydeł. Wsłuchał się w te dźwięki z pewnym namaszczeniem. Odetchnął świeżym powietrzem. Ostatni raz.
Ostatni, później będzie już tylko mrok i cień.
Laura puściła jego rękę i wolnym krokiem weszła do wody. Gdy ta sięgała już jej ponad biodra, zatrzymała się. Właściwie znikąd wyczarowała nóż i przecięła swoje żyły. Wzięła go w zęby, a czerwona ciecz powoli skapywała do wody, zmieniając jej kolor. Uśmiechała się. Śmiała. Wołała go.
Ściągnął kapcie i podszedł do niej. Dziewczynka złapała za jego ręce i wprawnym ruchem przejechała ostrzem po skórze, przecinając żyły. Miała skupioną i zarazem niewinną minę, a jej uśmiech okazywał jedynie opanowanie, spokój. A on… nie czuł bólu. Czuł rozlewającą się po jego ciele euforię.
- Pierwsze przejście jest straszne, ale dalej będzie już dobrze.
Odwzajemnił jej uśmiech. Zanurzyli ręce w wodzie, a krew rozpływała się pasmami.
- Powtarzaj za mną.
Bez zastanowienia powtarzał dziwnie szeleszczące słowa, nie rozumiejąc ich. Ufał jej. Ufał im. Miał nadzieję, że będzie dobrze.
Nagle z wody zaczęły wysuwać się czarne, metalowe drzwi. Świeciły czerwonym plaskiem, a jej rama płonęła. Na nich wisiał kościotrup, trzymający miecz i tarczę. Gdy skończyli mówić, czaszka ukłoniła się im, a drzwi zaczęły się powoli otwierać.
- Pójdę pierwsza.
Dziewczynka ruszyła do przodu. Bez lęku weszła w czarną dziurę. Gdy jej ciało w połowie zniknęło, odwróciła głowę o sto osiemdziesiąt stopni i pomachała mu. Rafał bez zastanowienia wszedł za nią.
Zamknął oczy, bo i tak nic nie widział. Przestał słyszeć, czuć. Myślał, że to już był koniec, jednak mylił się.
Nagle poczuł, że się dusi. Brakowało mu powietrza, a gdy próbował go złapać, mrok wlał mu się do gardła, rozpychając płuca, zamrażając żyły. Czuł jak jego ciało zaczyna się rozpadać na kawałki, że gdzieś jest, a zarazem go nie ma. Ten ból, co rozsadzał go od środka był nie do zniesienia. Miał ochotę wyrwać sobie serce i porwać je, byle by przestało tak szaleńczo przytrzymać go przy życiu!
Poczuł jak kamienieje. Ogarniało go lodowate zimno z wrzątkiem na zmianę. Chciał zdrapać łzy, które paliły jego policzki, ale nie miał palców.
Nie miał policzków.
Ani duszy.
Już go nie było, ale świadomość pozostała.
Ale już, zaraz…
Pozostał ból i wspomnienie.
Zadowolony mrok wchłonął duszę Rafała i rozkoszował się jego smakiem.
A następnego dnia, światem wstrząsnęły kolejne, okrutne śmierci dzieci.

19 września 2010

Dwa tygodnie w nowym świecie.

Nie wiem, czy jest dobrze czy źle. Jest inaczej. Zupełnie inna rzeczywistość, mentalność. Bardziej dojrzali ludzie. Zmieniło się wiele, wręcz wszystko.
W środę, pierwszego września, ruszyłam do nowej szkoły z pustką w głowie i ze strachem, trzymającym za serce. Później było lepiej. Zebraliśmy się całą klasą w kupę i ruszyliśmy do sali od malarstwa, gdzie miało odbyć się rozpoczęcie roku. Wszyscy właściwie się znaliśmy, chociażby z widoku, dzięki tym praktykom. Od razu robiło się lżej na duszy, że kogoś w tym tłumie obcych ludzi zna się chociaż kilku.
Od tego czasu minęły dwa tygodnie i pięć dni. Powiem tyle... roboty od groma. Były już pierwsze sprawdziany, pierwsze prace plastyczne, pierwsze zabawy z gliną i iluzją. Poznałam nowych nauczycieli, do jednych zapałałam sympatią do innych wręcz przeciwnie. Zaczęłam naukę drugiego języka (niemieckiego) i kontynuuję angielski na poziomie zaawansowanym. Co do angielskiego czuję, że sobie nie poradzę. Chociaż, to wrażenie prześladuje mnie cały czas.
Pan od rzeźby i malarstwa wyjechał na jakieś szkolenie i przez dwa tygodnie odpadają nam sześć godzin lepienia z gliny i babrania sie w farbie. Ale, nie zwalniają nas. oczywiście, że załatwiają zastępstwa. Nie narzekam.
Pani od rysunku jest upierdliwa. I wredna. Oraz wymagająca. Na każdy piątek, przez cały wrzesień i być może październik musimy robić dziesięć szkiców dłoni. To jeszcze nic. Do tego, ja na pierwszy ogień, musiałam robić prezentację, czyli przedstawić historię jakiegoś malarza. Kazała mi robić o Leonardzie da Vinci'm, nic nie wyjaśniając ani podpowiadając. A później cholera zdziwiona, że źle zrobiłam. I jeszcze laskę mi robi, że nie wstawia dwói i mogę to poprawić na ten piątek. Do tego jeszcze muszę zrobić dwie prace miesięczne, też już na ten tydzień. Walor i postać na B1. Cholernie wielka kartka.
Techniki graficzne podobają mi się. Mamy fajnego faceta, zajęcia są całkiem ciekawe. I chyba jedyna tak uważam, ponieważ każdy jęczy, ze pan za dużo zadaje i nic nie mówi. Nic nie mówi bo wy, cholera, gadacie na tych lekcjach! Co to jest te pięć szkiców na poniedziałek i czwartek, w porównaniu do rysunku? Nic nie szkodzi narysować trochę więcej. W końcu to jest Liceum Plastyczne i jak sama nazwa wskazuje, rysowanie jest raczej rzeczą codzienną.
Podstawy projektowana - bardzo ciekawe lekcje. Aktualnie zajmujemy się iluzjami i kompozycjami. Na czwartek musimy przynieść piętnaście szkiców, po trzy do każdej opisanej w zeszycie kompozycji, czyli: dynamiczna, statyczna, otwarta, zamknięta, diagonalna z rytmem. Sama jeszcze nie łapię się, co i jak, ale z czasem, miejmy nadzieję, będzie lepiej.
Nie podoba mi się historia sztuki. Nie dość, że mamy zwykła historię to jeszcze i to! Pan od tej lekcji strasznie przynudza. Pokazuje jedynie zdjęcia, opowiada skąd to pochodzi i z czego jest to zrobione, i nic poza tym. Kazał nam zapisywać wszystko i ściągać zdjęcia z internetu, czyli po prostu musimy zrobić taką własną "galeryjkę" na kompie. Natomiast pan od zwykłej historii strasznie mi sie podoba. Zawsze jak coś opowiada to każdy zawsze go słucha. Czasami nawet coś inscenizuje. Interesujący typ.
No i lekcje podstawowe. Całe szczęście w okrojonym składzie. Polski - trzy razy w tygodniu, matematyka dwa, religia dwa, a pozostałe przedmioty po jeden. Niektórzy są fajni, inni już trochę mniej, a niektórzy są wręcz straszni.
Myślałam, ze mam nawet mało lekcji. Ale dzisiaj, razem z kuzynem liczyliśmy, kto ile godzin siedzi w szkole. On jest teraz w drugiej klasie liceum ogólnokształcącego i ma trzydzieści pięć godzin. A ja? Czterdzieści dziewięć. Ciekawie.
Jestem zafascynowana, podekscytowana i przerażona za razem. Jednak najczęściej trwam w takim stanie zawieszenia. Czuję się jakby to wszystko było tylko snem. Jakby to nie działo się naprawdę. Dni przemijają strasznie szybko, a ja trwam w takim bezruchu.
Prześladuje mnie również pustka emocjonalna. Miałam nadzieję, że tutaj zdejmę maskę i postaram sie być sobą. Jednak prawdziwej mnie nawet tutaj by nie zaakceptowali. I znowu zostałabym na marginesie. Lubię samotność, jednak nadal ciągnie mnie do ludzi. Chociaż, jak już mówiłam, tutaj jest inaczej. znalazły sie osoby lubiące to co ja i nie potępiające tego. Chociaż, z moim zafascynowaniem parapsychologia, medycyna sądową oraz demonologiom nadal jestem w odosobnieniu.
Po za tym... nie mam kompletnie czasu na nic. Wracam o osiemnastej do domu, prawie, że codziennie. Dlatego też, będę częściej milczeć niż coś publikować.
Jeszcze nie wiem, czy jest lepiej. Ale, wszystko się okaże na przestrzeni lat.
W końcu, spędzę w tym miejscu cztery lata.
Sayonara.

31 sierpnia 2010

Nowa szara codzienność?

Tak. Jutro pierwszy dzień. Koszmar, który ziści się wraz z godziną dziewiątą, na pierwszym apelu, w nowej szkole, z nowym towarzystwem.
Moja klasa będzie składać się z dziewiętnastu osób, ze mną włącznie. Cała szkoła, gdy pierwszaki dojdą będzie liczyć siedemdziesiąt ileś uczniów. Więc, to jest naprawdę malutka szkoła z wielkimi wymaganiami.
Do lekcji podstawowych dochodzą również zajęcia plastyczne. Mnóstwo zajęć... Ale, całe szczęście, fizyka odpada w drugiej klasie, a chemia w trzeciej. Bardzo dobrze, nigdy nie były moimi mocnymi stronami.
Jednak przez to, mogę zapomnieć o zdawaniu na medycynę sądową, w szczególności na tanatologię. Szkoda tylko, że zaczęłam myśleć o tym dopiero teraz, czyli o trzy lata za późno. kolejne marzenie wyszło na samobójczy spacer po lesie w nocy...
Patrząc na poprzedni plan pierwszorocznych, idzie się załamać. Codziennie od ósmej, trzy razy w tygodniu do szesnastej czterdzieści, rad do piętnastej pięćdziesiąt, a w piątek do czternastej dziesięć. Cu-Do-Wnie.
No cóż, trzeba się przestawić na naukę, wczesne wstawanie i późne kończenie. Zapowiada się niezła jazda, zwłaszcza po gimnazjum w którym kompletnie nic się nie nauczyłam.
Naprawdę. Co ja sobie myślałam wybierając szkołę z całkiem niezłym prestiżem, po gimnazjum, gdzie patologia i granie w karty na lekcjach było codziennością. Powodzenia.

Ale, leżąc wieczorem w łóżku stwierdziłam, że boję się jednej rzeczy.
I to bynajmniej nie jest nowa szkoła.

Chociaż, niech ta myśl pozostanie ze mną, aż do końca.

Bezsensu.

13 sierpnia 2010

Miejsce, które wychowało.

Patrzę przez okno i widzę miejsce, tak niezmienne od tylu lat. Miejsce, dzięki któremu wydarzyło się tyle dobrego i tyle złego. Narodziło się mnóstwo wspomnień, kilka blizn, gdzie nawiązywało się przyjaźnie i odbywało pierwsze kłótnie. Miejsce pierwszych porażek i zwycięstw. Miejsce pierwszych głębszych uczuć.
Podwórko.
Z każdą rzeczą, starą zardzewiałą huśtawką, obdrapanym trzepakiem, źdźbłem trawy, gałązką drzewa, są powiązane wspomnienia. Gdyby je można było zobaczyć, na przykład jako białe sznurowadła, na pewno to miejsce byłoby strasznym kłębowiskiem.
Stara jabłoń dzięki której nauczyłam się chodzić po drzewach.
Wysoki murek, oddzielający od firmy ocieplanej, gdzie zawsze trzeba było chodzić, gdy zapodziała się piłka.
Wredne dzieci wrzeszczące przezwiska zza siatki, z miejsca, które kiedyś było przedszkolem, a teraz jest nowoczesną kliniką. Czas, kiedy to miejsce zostawało pod niczyją opieką i ganianie przez wojskowych, gdy tylko nas znaleźli, bawiących się na pozostałościach, drabinach, oponach i drzewach.
Parking, gdzie nauczyłam się jeździć rowerem.
Pierwsze interesy, a jakże, wymienianie się karteczkami.
Chwalenie się swoimi osiągnięciami.
Zabawy z przyjaciółmi.
Ziemia, która pochłonęła twoje pierwsze domowe zwierzątka.
To uczucie, że jest się od kogoś gorszym, tylko dlatego, że nie miało się najnowszej gry.
Czas, gdy nasze drzewo, na którym wyryliśmy nasze przezwiska zawaliło się i zostało wycięte.
Uczucie, że może się wszystko, gdy tylko dostawało się łopatkę i trochę miejsca w piaskownicy.
Pierwsze skręcenie nogi, rozbicie czoła, ugryzienie pszczoły.
Pierwszy raz, gdy wyrywało się nogi pająkom, nie wiedząc, że to złe.
Karmienie kotów w lecie i ptaków w zimę.
Bezczynne leżenie i gapienie się w niebo, nie czując upływającego czasu. Gdy nic cię nie goniło.
Mogło się wszystko. A później… Zaczęła się szkoła.
Przez kilka lat, nic się nie zmieniło. Nadal spędzaliśmy mnóstwo czasu razem na podwórku, nie czując lat ani różnicy płci.
A później, wszystko uległo zmianie. Różnice między nami przykrywały oczy, a zabawy z dzieciństwa wydawały się głupie, za dziecinne.
Chciałeś być dorosły, mimo, że byłeś jeszcze dzieckiem. Zazdrość, że niektórzy byli starsi od ciebie i mogli więcej. Nic bardziej mylnego.
Wszystko się zmieniło.
Podorastaliśmy. Każdy znalazł nowych znajomych, porozchodziliśmy się po różnych szkołach.
Powyprowadzali się, skończyli osiemnaście lat. A teraz, za dwa lata i ja osiągnę ten wiek, wymarzony wiek dziewięcioletniej mnie.
Jako dziesięciolatek marzyłeś by być dorosłym, tylko po to by dłużej posiedzieć na podwórku z przyjaciółmi. Teraz, prawie dorosły marzysz o ponownym byciem dzieckiem i odzyskaniu tej beztroski.
Nie ma siły, czas jest bezlitosny.
Może teraz, nasze widma z przeszłości znów się bawią, jak kiedyś. Są dziećmi nie czującymi presji przyszłości ani upływających lat, a ich najtrudniejszą decyzją do podjęcia jest, w co by się dzisiaj pobawić?
Tak. Może. Niech oni się bawią.
Przez jakiś czas wszystko stało nie ruszane. Teraz, nadeszło nowe pokolenie… Nowe dzieci zajęły nasze miejsca, czyniąc to miejsce mniej samotnym.
Mam nadzieję, że przeżyją swe najlepsze chwile właśnie na tym podwórku. Z nowymi przyjaciółmi, z nowymi pomysłami.
A za kilka lat… Poznają smak czyhającego na ich niewinne umysły życia. Za kilka lat.
Niech to miejsce wychowa kolejne pokolenie. I zaśnie na wieki, póki nie wprowadzą się nowe dzieci.
To uczucie melancholii… Chyba nigdy mnie nie opuści.

02 sierpnia 2010

Wróciłam. Wypoczęta?

Dwa tygodnie poza domem. Kiedyś, spędzałam je z wielkim entuzjazmem zwiedzając wszystko co się dało, bywając na koloniach, obozach. Teraz ten czas spędzany poza domem albo sie dłuży, albo jest za krótki.
Właściwie pierwszy tydzień bardziej mi się podobał. Zwiedzaliśmy dużo, było mnóstwo wycieczek i tak dalej... Jedyne co ominęłam to dzień zdobywania Śnieżki, ponieważ stara kontuzja w kostce sie odezwała i nie mogłam chodzić. Porobiłam mnóstwo zdjęć. Na każdym jest sam krajobraz, bez ludzi. Nie moja wina, ze ludzie mnie nie interesują. Zdjęcia bez nich są ładniejsze.
Stwierdzam, że potrzebuję nowego aparatu. Ten nie robi zbyt pięknych fotografii, a gdy tylko robi się ciemno jest kompletnie do D., ponieważ przez flesz na zdjęciach wychodzą jakieś okropne pikseliki.
Drugi tydzień minął pod znakiem narzekania. Prawie cały czas nocowałam u kuzyna, nie chciałam siedzieć nad jeziorem w jakimś zapajęczonym domku. Nie miałabym nic przeciwko, ale byłam tam odcięta kompletnie od wszystkiego. Nie było zasięgu, ciepłej wody, za to mnóstwo irytujących much, os i pająków.
Zamierzam pochwalić się zdjęciami, które najbardziej mi się spodobały. Podpisze to, co wiem gdzie było.

Kamienny Skrzat pod Sztolniami w Kowarach, nr.1.
Numer 2.
Numer 3.
Skalne miasto w Czechach, numer 1.
Numer 2, zdjęcie zrobione po przejściu dokładnie stu pięćdziesięciu sześciu schodach by dostać się na jeziorko.
Numer 3, wodospad wewnątrz skał.
Park miniatur w... Ścięgnach, chyba. Numer 1. Te kamyczki, wykorzystane w miniaturze były układane przez dziewięć miesięcy, przez jedna osobę. Podziw.
Numer 2.
Numer 3.
Grobowiec rodziny von Reuss, niestety tylko ten jeden zachował swój krzyż. Jakiś idiota zamalował wszystkie napisy czerwonym sprayem.
Praga, numer 1. Rozeta jakiegoś największego kościoła.
Numer 2. Wejście do tegoż kościoła.
Numer 3. Jeden jego filar.
Numer 4. Jakaś rzeźba stojąca pod nim. Podobno bardzo ważna w kulturze chrześcijańskiej, ale szczerze mówiąc, nie zrozumiałam co ten przewodnik mówił.
Numer 5, Panorama Pragi widziana z winnicy.
Numer 6. Panorama po raz drugi.
Numer 7. Biały paw spacerujący po Królewskim Ogrodzie przed Senatem, który był kiedyś stajnią.
Numer 8. To zdjęcie podoba mi się najbardziej. Kawałek, a właściwie wnętrze rzeźby stojącej na podobno słynnym Moście Karola.

Mała przestroga. Jak ktoś będzie w Czechach nie powinien używać słowo "szukać". Dla nich jest to przekleństwo. Dostałam po łbie torebką i zostałam zbesztana "Jakich ty słów używasz?!" czy jakoś tak. Podobno znaczy to "pieprzyć". Podobno. Ehh.

Tylko wróciłam do domu i znowu nie mogę spać. Nie wiem, czemu, ale to chyba przez klimat. I w górach jest zdecydowanie wyżej niż tu. Jest inne powietrze. Jest inaczej. Postanowiłam się przeprowadzić w tamte okolice jak będę starsza. Żeby się porządnie wyspać.
Enjoy.

16 lipca 2010

Góry wzywają.

Jutro czeka mnie jazda dziesięciogodzinna na drugi koniec Polski. Szczerze, gdyby to ode mnie zależało pojechałabym w drugą stronę, w Bieszczady a nie w Sudety. Ale, nie narzekam. Trochę się cieszę. Ta cała atmosfera gorączkowego pakowania i sprawdzania czy wszystko jest wpływa na mnie... uspokajająco. Sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech. Ciesze się. Od jakże dawna poczułam jakąś większą emocję.

Zawieźliśmy moje zwierzaki do babci. Papugi, ściślej mówiąc. Yuki i Kubuś. Później nieśliśmy kwiaty do sąsiadów, żeby przez te dwa tygodnie ktoś się nimi opiekował. Gdy szliśmy, na klatce schodowej pojawił się Marcin z kolegą, syn właśnie tych sąsiadów. Wzięli ode mnie doniczki, mimo, że nie były ciężkie ani nie przeszkadzały mi. Przy samym wspomnieniu robi mi się ciepło. W końcu, całe życie miałam do czynienia z idiotami, którzy nie pomogą, a nawet dowalą cięższe rzeczy. Dobrze wiedzieć, że uprzejmi ludzie nadal żyją.

Jedna osoba powiedziała, że będzie tęsknić. A ja? Nie wiem. Możliwe. Chyba tak, bo naprawdę zaczęłam go lubić.

Wczoraj cały wieczór przesiedziałam z Martą i jej siostrą na podwórku, później na moim balkonie. Wspominałyśmy dzieciństwo. Mimo, że pamiętam niewiele, dziewczyny wszystko mi wypominały. A Ola się przeraziła, że już za dwa lata będę dorosła. Szczerze mówiąc, to jest niezłe zaskoczenie.
Dzieciństwo się skończyło. Cóż.

A mnie znowu bierze strach przed Liceum. Nie nadajesz się, ciągle coś mi w głowie tak mówi. Zaraz później, że nie poradzę sobie.
Możliwe. Ale spróbować zawsze warto.
Enjoy,

04 lipca 2010

Spowiedź.

Wakacje. Euforia i głośne okrzyki radości wydane przez kończących gimnazjum uczniów. W tłumie ja, przyjmująca to ze stoickim spokojem, nic nie mówiąc, okazując. Pytali się: czy będę tęsknić?; czy jeszcze się kiedyś zobaczymy?; wtedy nie znałam odpowiedzi. Nadal nie znam. I nie chcę znać.
Właściwie, mało mnie to obchodzi. Przez ostatni czas stałam się obojętna. Mało rzeczy wprawia mnie w zachwyt, smutek. Straciłam pasję, robię wszystko to, co ktoś mi narzucił.
"Powtarzam błędy umarłych". Być może. Nie wiem.
Liceum plastyczne? Dostałam się. Nie czułam nic, gdy sie dowiedziałam.
Świadectwo z paskiem. Pierwsze takie. Uczucia? Żadnych.
Szósty najlepszy wynik w klasie z egzaminów gimnazjalnych. Żadnego podniecenia.
W głowie totalna pustka. Żadnych kłębiących się myśli. No, prawie żadnych. A gdy zaczynam rozmyślać, tematy biorą się znikąd i są... dziwne. Niektóre bezsensu, inne posiadające jakąś drugą stronę.
Bez żadnej paniki przyjmuję do świadomości, że nic mnie nie rusza. Źle czy dobrze? Brak odpowiedzi. Nie znam jej.
Życzę miłych wakacji.

10 czerwca 2010

Egzaminy.

Zaczął mnie zżerać stresik. Czemu? Ponieważ jutro są egzaminy. Dokładniej mówiąc komisja, sprawdzająca twoje zainteresowania oraz znajomość historii sztuki. A w sobotę egzaminy praktyczne z malarstwa (martwa natura), rysunku (postać człowieka) i rzeźby (głowa). Gliny nie miałam w ręce od czasów przedszkola, a ludzie wychodzą mi jak postacie wyciągnięte z komputera. Dokładniej mówiąc - z painta.
Tak, tak i ja chcę iść do plastyka. Tylko kwiatki na grób kłaść. Brawo, brawo.
W poniedziałek wycieczka klasowa. Na trzy dni, biwak gdzieś pod Krynicą Morską. Za kupę kasy, szczerze mówiąc. A ja dalej nie wiem, gdzie jadę, o której wyjeżdżam, gdzie się mamy spotkać, kto jedzie z wychowawców, co mam spakować i czy brać pieniądze. Zapowiada się totalna masakra.
W środę mają być wyniki, czy się dostałam czy nie.
Strach, strach, strach. Tylko to mam wam do powiedzenia.
Enjoy.

19 maja 2010

Czas.

Zegar tyka, a czas leci, gna na przód nie zatrzymując się ani na chwilę. Wskazówki przesuwają się wciąż w tym samym, kolistym ruchu, a tarcza zawsze posiada dwanaście godzin. Czas jest stały.
Właściwie, tylko czas jest pewny. Nie wiemy, co będzie jutro, ale wiemy, że po minucie upłynie kolejna. Gdybamy, co byłoby gdyby zrobilibyśmy inaczej, ale przeszłość nie wróci. Już nie naprawisz tego, co było.
Teraz już wiem, pewien okres mojego życia zakończył się. I wróci jedynie w wspomnieniach. To co zrobiłam będzie ciągnąć się aż do końca.
A jak to sie mówi, w przyrodzie nic nigdy nie ginie. Tak więc czyny kiedyś wrócą. W jakiej postaci? Nie wiem. Teraz nic już nie jest takie jasne i piękne.

Jest źle. Bardzo.
Czuję się chora, tam gdzieś w środku.
Teraz nie naprawię tego. Szkoda.
Nauczę się z tym żyć. Tak jak zwykle.

03 maja 2010

Wpis.

Testy, testy i po testach. Wszyscy straszyli, naciskali, kazali się uczyć. Powtarzaliśmy materiały z podstawówki, których oczywiście na egzaminach nie było.

Nie powiem, żeby było źle. Dobrze chyba też nie jest. Jako humanistka od siedmiu boleści powiem, że radioaktywne biedronki i wielkie diamenty wcale nie były dla mnie takie proste. Polski był bardzo prosty, każdy mógł go napisać i nie stracić za dużo punktów. Angielski też prosty. Ale o matematyczno-przyrodniczych nie będę się wypowiadać, bo szkoda.

Na szczęście do plastyka nie jest potrzebna wielka ilość punktów. Tam się liczy talent i wyniki egzaminów wstępnych, które są w czerwcu. Nauczyciele, którzy nas przygotowują stwierdzili, że mam duże szansę. Z rysunku muszę popracować nad konturami, dokładniej mówiąc nauczyć się nie rysować ich za mocnych. Z malarstwa powinnam zacząć ćwiczyć nad wydobyciem cienia i światła, oraz na mieszaniu kolorów z podstawowych. Na rzeźbie muszę robić dłuższe szyje oraz skupiać się szczególnie na uszach.
Ogólnie, czuję się szczęśliwą. Tak jak nigdy dotąd. Mam wrażenie, że znalazłam swoje miejsce.
W tym miesiącu zacznie się historia sztuki. Nie wiem, czego oczekiwać. Ale nauczyciela już znam i mam nadzieję, że będzie zabawnie.

Ostatnio była wywiadówka. Jakoś przed testami. I pierwszy raz, rodzice nie zaczęli się użalać nad moimi ocenami. Szczerze, to i ja byłam zdziwiona. Wiem, że od drugiej klasy moje oceny szły w dół. Przez jakiś czas w ogóle się nie uczyłam. A teraz oceny są lepsze. O wiele, wiele lepsze. Bardzo się z tego cieszę. Może w końcu nie będę tą najgłupszą w rodzinie.

A o majówce naprawdę szkoda gadać.
Nie było dobrze.

26 kwietnia 2010

Bez strachu?

Jutro testy. I szczerze mówiąc, wszyscy wokoło mnie szaleją. Osoby z klasy zżera stres, rodzina (dokładniej matka)panikuje i zmusza mnie do nauki. Próbuje mnie nastraszyć.

A ja wcale się nie boję.

Może uważam, ze jestem dobrze przygotowana?
Albo po prostu to do mnie jeszcze nie dociera?

Nie, to nie to. Sama nie wiem.
Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy. Mój mur pęka. Pierwszy raz wyrzuciłam z siebie negatywne emocje, wrzeszcząc na kolegę. Nigdy dotąd to mi się nie przydarzyło.
Mój mur był idealny.
Poniosło mnie, tak. Pierwszy raz od kilku lat. Przez chwilę bałam się, że przez to coś ulegnie zmianie.
Nic się nie stało. Powróciła codzienna obojętność.
Coś jest ze mną nie tak?
Ktoś kiedyś stwierdził, że ja sobie wszystko wmawiam. Może miał rację?

Wiem, że wina leży we mnie. Ukryta gdzieś w świadomości. Zakopana najgłębiej.
Będę szukać.

A jutro ma podobno cały dzień padać. Świetnie.
Kocham deszcz.

07 kwietnia 2010

Ucieczka.

Cały czas uciekam.
Przed czym?

Przed miłością, okazywaniem uczuć. Po prostu, nie umiem. To takie sztuczne w moim wykonaniu. Codziennie uśmiecham się, rozmawiam, śmieję. Opowiadam śmieszne historyjki, cierpliwie słucham innych. Nikt nie zauważa sztuczności w tych czynach.
Widocznie doszłam do perfekcji.

Uśmiecham się do siebie, patrząc w lustro. Niby wszystko gra.
Śmieję się. Niby prawdziwie, tak jak potrafią śmiać się dzieci. Szczerze.
Historie. Podkoloryzowane, a jak. Nikt nie wie o tym.
A cierpliwość? Mówią, że mam anielską. Bo słucham i daję rady. A potem mówią, że są egoistami, ponieważ ja im nie mówię nic.

Tak, jesteście egoistami!

Czasami mam dość. Dam przykład; moja koleżanka. Od dzieciństwa trzymałyśmy się razem, albo jak to się mówi: od piaskownicy. Mieszkałyśmy w tym samym bloku, nic dziwnego. W podstawówce, razem. Przyjaciółki od siedmiu boleści. Potem ona zaczęła tańczyć. I dobrze, dziewczyna znalazła swoje hobby. U mnie dzięki temu ma plus. Ale teraz… Gimnazjum, znowu razem w klasie. Cały czas opowiada o tym, jaki to jej zespół jest wspaniały, ile nagród dostają, że znalazła swoje miejsce.
Świetnie. Tylko, czemu mi to opowiada? Żebym poczuła się gorsza?
Gratulacje, często jej się udaje. Czuję się gorsza. I nie tylko pod tym względem.
Narzeka, że jest brzydka, gruba i że nikt się w niej nie zakocha. No powiedzcie, widzieliście grubą tancerkę? Taką, co wciska się w lateks, co robi szpagaty nad głową? Ja jeszcze takiej nie widziałam.
Co do brzydkości i braku miłości. Mówi, że tańczy duet z kolegą z zespołu. Zauroczyła się w nim. On widocznie w niej też, bo przecież normalny facet nie jeździłby codziennie z innego miasta tylko po to, by potańczyć sobie z koleżanką! Jęczy, że robi to tylko, dlatego bo lubi. Lubi i owszem. Lubi patrzeć w jej oczy, dotykać jej ciała, gdy wirują w tańcu. Widziałam to. A moich tłumaczeń i tak nie słucha.

Czasami zmienia się rola, próbuje jej opowiedzieć coś o moim dniu. O moich problemach. I co? Nic. Nie rozumie. Zawsze mówi: nie przejmuj się, będzie lepiej. I zaczyna gadać o sobie.
Powiedzcie, i jak tu się nie zamknąć?

Uciekam przed sobą i przed innymi. Więc pytanie nie powinno brzmieć, „przed czym uciekam?” Tylko, przed kim?

Czasami chciałabym być kimś innym, mieszkać gdzie indziej, zajmować się innymi rzeczami. Innym razem myślę o tym, by spróbować się zmienić. Uśmiechnąć się, rozmawiać, śmiać, ale tak prawdziwie.
Jednak wtedy musiałabym zmienić siebie całą. A podejścia do życia - nie zmienię. Życia samego w sobie, też nie zmienię.
Próbowałam.

Gdybym mogła zmienić jedną cechę w sobie, ale tak, by nigdy do niej nie wrócić to bym zmieniła: sztuczność. Chciałabym żyć pełnią życia i nie zauważać „ciemnych chmur na błękitnym niebie”.

W rzeczy samej.
Ja również jestem egoistką.

A za dwadzieścia dni testy. Nie wiem, czy się bać.

25 marca 2010

Ocena.

Niedawno zgłosiłam swojego bloga z opowiadaniem do oceny. Czekam, czekam, aż w końcu się doczekałam. Tak, dzisiaj mogłam przeczytać, jaki mam beznadziejny blog!
A ja się uśmiechałam. Dialogi, w moim wykonaniu są straszne, mam milion błędów, a o samodzielnie robionych szablonach lepiej nie wspominać!
Właściwie nie dowiedziałam się niczego nowego. Niestety naszły mnie myśli, których nie znoszę.

Czy naprawdę jestem taka beznadziejna, w robieniu tego, co lubię?
Uwielbiam pisać. Opowiadania, jakieś one-shoty.
Poezję zostawię panu Timarthowi, który pisze wspaniałe wiersze.

Chyba powinnam się zastanowić nad rzuceniem pisania opowiadań w diabły i zajęciem się w końcu plastyką oraz szkicami potrzebnymi do szkoły.
To miałoby sens. Skoro się nie nadaję, to usunę blogi i wszyscy będą happy. A ja wrócę do moich ołówków i pasteli. Może zajmę się też gitarą, przecież obiecywałam sobie to tyle razy.

A jak się znowu okaże, że jestem beznadziejna to pójdę dalej.
Eh, chyba najlepiej mi wychodzi czytanie książek.

Ten dylemat zostawię sobie na wieczorne przemyślenia.
Teraz muszę się zająć szkicami. Może najdzie mnie jakaś myśl i je kiedyś tutaj opublikuję.

Eh, co ja gadam. Cola rzuciła mi się na mózg.

21 marca 2010

Podsumowanie tygodnia.

Robię to zawsze, gdy leżę już w łóżku ze słuchawkami na uszach i próbuję spać. Rzadko dochodzę do jakiś ciekawych i inteligentnych wniosków, jednak pozwala mi to poukładać w głowie.

Od poniedziałku do środy, były rekolekcje, przez co nie miałam normalnych lekcji w szkole. Na dwa dni pojechałam do dziadka. Jak zwykle dokuczałam kuzynowi, on dokuczał mnie. Ponarzekałam na ich zbiorowe palenie i oczywiście zeszło na temat, czy ja palę.
Nic nowego, po prostu zwykły dzień w mojej rodzinie.

W czwartek poszliśmy z klasą na targi. W sensie, szliśmy do innej szkoły, aby po dowiadywać się o szkołach ponad gimnazjalnych. Dostałam ulotkę tej mojej wymarzonej i wróciłam do domu. Na moje szczęście byliśmy w technikum, które stoi ulicę dalej od mojego miejsca zamieszkania.

A w piątek był tak zwany „Mam talent!”. Co za durnota! Najpierw były konkursy klasowe, później pokazy mam talentów. Było jakieś durne przedstawienie o mitologii, dwa pokazy tańców, trzy śpiewy i jedno bitowanie, czy jak to się zwie. Dziewczyna z naszej klasy dostała drugie miejsce, dzięki czemu dostaliśmy dzień na wyjście do kina bez lekcji w maju.

W sobotę dostałam kosza, w pewnym sensie. Dziewczyna, którą znam od dwóch lat stwierdziła, że nie chce mieć więcej nic wspólnego.
Pewnie, znam swoje wady, nawet rozumiem jej decyzję. Ale jakoś, gdy ona nawijała cały czas o jednym chłopaku, przez ponad rok to nie narzekałam, ze mam dość. A miałam. Mój brak wrażliwości w porównaniu do jej narzekania i jęczenia „jaki to świat jest okrutny” jest naprawdę małym problemem. No nie moja wina, że chciałaby bym była zazdrosna. Bym zadawała jej durne pytania typu „co robiłaś, z kim, po co, kiedy, o której?” Wiem to, ponieważ jeszcze niedawno się jej pytałam, czego ode mnie oczekuje.
Tak, błędy leżały po obydwu stronach. Nawet nie śmiem twierdzić, że nie zawiniłam. Problem leży w tym, iż ona tak myśli. Że to definitywnie i wyłącznie moja wina.

No cóż, stało się. Chyba raczej tego nie naprawię, choćbym próbowała. Bym musiała po prostu udawać definitywnie inną osobę, niż jestem.

A stres mnie zżera. Jutro jadę do tej szkoły, na zajęcia przygotowujące do egzaminów wstępnych. Mam wielką gulę w gardle i cały czas po głowie krążą durne myśli. Boję się, boję się jak cholera.

19 marca 2010

Wrażliwość.

Nie umiem płakać.
Czy to źle?

Pamiętam, że jak byłam młodsza to płakałam z każdego nadającego się powodu.
Bo ulubiona postać z książki umarła.
Bo w filmie było zakończenie typu „żyli długo i szczęśliwie”.
Bo dostałam uwagę.
Bo widziałam rozjechanego kota.
Bo zdeptałam pająka.
Bo pokłóciłam się.
Bo jestem coraz starsza.
Bo chcę.

A teraz?
Teraz nic.

Żadna śmierć fikcyjnej postaci, żadne szczęśliwe zakończenie, uwagi, rozjechane koty, zdeptane pająki, kłótnie, ani chęci i wizje śmierci. Po prostu nie potrafię.
Jeżeli się wzruszę to zaczynam ziewać. Tak, ziewać. Czasami zaczynają mnie piec oczy.
I nic poza tym.

Wrażliwość… zniknęła.
Czy to źle?

Myślę, że moja nieczułość jest strategią na uniknięcie bólu. Albo ta cała wrażliwość zniknęła przez zadany ból.
Właściwie to nawet się cieszę. Jednak to jest okropne zarazem.
Nie potrafię się przywiązywać, przez co nie rozpaczam, gdy coś stracę.
Nie umiem ufać, dzięki czemu nie przeżywam zawodów przez złamane obietnice.
Unikam poważniejszych zadań, związków, przyjaźni, ponieważ wiem, że się nie sparzę.

Może i jestem tchórzem, ale czuję się bezpiecznie w tym kloszu, który sobie stworzyłam. Jest mi dobrze samej w swoim świecie.

Kiedyś. Kiedyś na pewno opuszczę swój świat.

17 marca 2010

Zagubione "ja"

Dosyć niedawno odkryłam, że zgubiłam siebie.
Zgubiłam tą prawdziwą siebie, swoją osobowość. Nie wiem, kiedy, po prostu doszłam do wniosku, ze jestem… inna.
Gdzieś na drogach życia zgubiła się ta siedmioletnia, wiecznie uśmiechnięta, roztrzepana dziewczynka ze strupami na kolanach, od potykania się. Zniknęła ta beztroska, radość z życia, uczucie wolności.
Tak, zgubiłam wolność. Tą beztroską się nie przejmuję, to nawet dobrze, że nie wyrosłam na rozkapryszoną jedynaczkę.

Czuję ścisk życia. Nie potrafię wziąć pełnego, głębokiego oddechu bez bólu, gdzieś tam w środku. Mam wrażenie jakby wielki, dziesięciokilowy kocur siedział mi na piersi i wbijał pazury.

Właściwie to nie wiem, kim jestem. Ani kim chcę być. Za każdym razem odgrywam kogoś innego, zawsze ta prawdziwa ja gdzieś się chowa. I nie mam pojęcia, czemu.
Dlaczego w szkole jestem inna to nawet potrafię zrozumieć. Wiem, że ludzie nie potrafiliby zaakceptować mnie taką, jaka naprawdę jestem. Lubię samotność, jednak nie chcę być sama stojąc wśród ludzi.
W domu udaję po to, by spełnić oczekiwania rodziców. Jako jedyne ich dziecko, muszę być przecież idealna. Próbuję, naprawdę próbuję. Chociaż tutaj to często wyłazi z kieszeni najgorsza moja cecha – lenistwo. Ale to nic, staram się zmienić.

Wczoraj, siedząc na parapecie i patrząc w wirujące płatki znienawidzonego przeze mnie śniegu zrobiłam konfrontację. Z sobą. A właściwie każdej mnie. Ja w szkole, w domu, w towarzystwie oraz ta, wyciągnięta z głowy.

Bezsensu. Odkryłam, że prawdziwej mnie nie ma wśród nich. Jestem w częściach.
Tak, jestem w rozsypce. Jak puzzle tyle, że brakuje mi pasujących do siebie elementów.

Może, gdy będę starsza uda mi się złożyć układankę z miliona elementów mojego życia.

15 marca 2010

Oczyścić umysł.

Po prostu musze się wypisać. Wylać na coś swoje myśli, bo krążą po mojej głowie jak wygłodniałe sępy. Pamiętniki zwykle porzucam po kilku próbach uwiecznienia uczuć na papierze, nie zdziwię się również, jeżeli i ten blog za niedługo zniknie.

No tak, miły początek. Jednak wypadałoby się przedstawić. Mówcie na mnie Vanil, proste. Imię mam idiotyczne, niech pozostanie w tajemnicy. W tym roku skończę szesnaście lat. Jeśli chodzi o wygląd pozostawiam wam wolną rękę.

Tak jak już mówiłam, będę tutaj pisać. Tak, pisać. Przemyślenia i inne tego typu teksty. Mam nadzieję, że uda mi się oczyścić umysł.


Hym, piętnaście lat... Wydaje się, że jestem 'gówniarzem'. Jednak dużo przeszłam, naprawdę. Ale nie będę zajmować się przeszłością, wolę nie wracać do dawnych lat. Musze poważnie zastanowić się nad przyszłością, oraz nad tym, co powinnam zmienić w teraźniejszości.
Aby było lepiej.

Właściwie dzisiaj postawiłam krok w stronę przyszłości. Wybór następnej szkoły, oczywiście. W końcu - za pięć tygodni testy. Byłam tam, w tej szkole oczywiście. Myślicie pewnie, jaka to szkoła? Technikum, proszę państwa. Plastyczne technikum. Weszłam w połowie zajęć z rysunku, była kupa ludzi oraz model na środku.
Zresztą, podziwiam tego chłopaka. Siedział tam, w odpowiedniej pozie, nie ruszał się. W ogóle. Nie przejmował się, że zostaje uwieczniony na kartkach, że obserwują go inni. Nawet się nie zaśmiał.
Chciałabym mieć tak wszystko w dupie, jak on.

Tak więc rozmawiałam z nauczycielką. Przyniosłam moje zeszyty z rysunkami, pokazałam. Nie powiedziała, że jej się nie spodobały, ale widziałam to po jej oczach. W końcu, to była sama manga. Kazała mi założyć zeszyt z rysunkami, ale taki inny. Z rzeczami prawdziwymi.
Muszę wyjść z mojej głowy narysować świat otaczający mnie. Eh.
Natomiast spodobała jej się praca, z żeglarzem, który zrobiłam w prezencie dla wujka. Szczerze mówiąc, poczułam taką dziwną... satysfakcję. Tak, w końcu prawdziwej artystce spodobało się coś, co zrobiłam JA, taka zwykła dziewucha z ulicy.

Za tydzień ja będę szła na te zajęcia. Będę rysować modela, poznawać nowych ludzi. Jednocześnie chcę i boję się. Chociaż, bardziej to drugie.

Za błędy przepraszam. Istnieje takie coś jak dysortografia, wiecie? Właśnie to mam.
Do następnego 'czyszczenia umysłu'.