Z pewnością stwierdziłam, że nie mam talentu do języków obcych. Równo zawalam angielski jak i niemiecki, nic nie rozumiem na lekcjach, a to wszystko, co wprowadza się na lekcji przeraża mnie. Nie dość, że mam korepetycje z matematyki, fizyki i chemii to jeszcze języki obce leżą i kwiczą!
Z przedmiotów plastycznych nie jest źle, jedynie rysunek błaga o poprawę. Zaprezentuję wam dwie prace z tej lekcji:

Praca nad którą siedziałam łącznie 15 godzin lekcyjnych. Chyba najlepsza, jaką zrobiłam na lekcjach.

Trochę niewyraźne zdjęcie, ale przeżyjecie. To też praca z rysunku, mimo, że robiona farbami. Jeszcze z września.
Tu jedna praca z przedmiotu zwanego Techniki Graficzne:

Żeby uzyskać takie coś, to najpierw trzeba wyciąć odbicie lustrzane w linoleum specjalnymi nożykami. Ogólnie to zabronione jest robienie kratek, ale w mojej pracy były potrzebne, żeby ta papuga nie była nudna.
A teraz tak inaczej:

Praca, która miała jechać na konkurs, ale prawdopodobnie nie pojedzie bo nie jest na "poziomie liceum plastycznego" jak to stwierdził jeden nauczyciel.

Praca na tak zacny przedmiot, jakim jest... religia.
I zakończę ten niemiłosiernie długi post nowym rozdziałem mojego nowego opowiadania. Za błędy przepraszam.
Rozdział Pierwszy
Ta noc była wyjątkowo ponura, nawet jak na tę część królestwa. Księżyc wraz z błyszczącymi gwiazdami schował się za ciemnymi, szybo płynącymi chmurami. Ciężko było określić, która godzina, gdy wszędzie panował mrok, a na dodatek nie miało się zegarka. Miasto spało, pijak zalegający pod sąsiednim budynkiem również. Mimo świszczącego wiatru żadne okiennice nie trzaskały, wszystko trwało w bezruchu. Psy nie wyły, nie było słychać płaczu ani krzyków maltretowanych ludzi, głównie niewolników. Szczęk mieczy uderzających o siebie ustał dawno temu.
Było po prostu cicho. Jakby martwo.
Verrine również trwała w jednej pozycji. Kucając, próbowała oszczędnymi ruchami opanować szalejące kosmyki włosów oraz łopoczącą pelerynę. Materiał upstrzony był plamami szarości, brązu, czerni. Te kolory pomagały ukryć się przed ludzkim okiem w mieście. Dziewczyna posiadała jeszcze trzy takie, o różnych barwach i z każdej była niezmiernie dumna. Wyszkolenie ułatwiało jej „znikanie”. Nie robiła się niewidzialna, w tym nie było żadnej magii. Potrafiła dostosować się do poruszających cieni, stawiać odpowiednio kroki, wręcz bezszelestnie. Jednak sytuacja, w której teraz była nie wymagała tych zdolności. Na nic się nie zdały.
Dostała najgorsze miejsce do obserwacji na świecie! Do tego okłamali ją, miało nie być dzisiaj żadnego wiatru!
Zdenerwowana, że przez głupi żart kolegów może zepsuć całą misję, położyła cię na plecach i związała rzemyki peleryny. Ta owinęła się ciasno wokół jej ciała, utrudniając ruchy. Ale ona nigdzie nie miała zamiaru iść, co najmniej przez kilkanaście następnych minut. Przekręciła się na brzuch i zwiesiła głowę poza krawędź budynku. Całe szczęście dach był płaski, a budynek wystarczająco wysoki, by normalni ludzie nie dostrzegli jej z dołu. Zresztą, rzadko kto spogląda w górę.
Czarne kosmyki, które uciekły z ciasno związanego warkocza, tańczyły wokół jej twarzy wraz z szalejącym wiatrem. Wbiła wzrok w wejście budynku, gdzie przebywał cel. Dom był ceglany, rozsypujący się. Szyby zostały już dawno wybite, a ziejące czernią dziury zostały zabite deskami. Dwuspadowy dach był w okropnym stanie, wyglądał jakby miał za chwilę się zawalić, co było zresztą prawdopodobne. Drzwi zastępowała stara porwana szmata. Koło tego wejścia leżał mężczyzna, jednak nie potrafiła stwierdzić czy jeszcze żył. Czy ta krew, którą miał na sobie była jego czy jakiegoś innego pechowca.
Po kilkunastu minutach wpatrywania się w przestrzeń zaczęło ogarniać ją znużenie. W tym czasie mogłaby sprawdzić pozostałe punkty obserwacyjne, bo idioci nie odzywali się od dłuższego czasu. Jednak tu była w tej chwili sama i nie mogła opuścić tego miejsca.
Przebiegł ją dreszcz. Ktoś tu był. Tuż za nią.
Jej ciało same zareagowało. Szybko uklękła, wyciągnęła sztylet z pochwy na łydce i poderwała się do pozycji stojącej, zawieszając wzrok na intruzie. W tej samej chwili poczuła dotyk ostrza na szyi.
Przez swoją nieostrożność stracisz kiedyś głowę. Skryci tylko na to czekają.
Nie dzisiaj. Co tu robisz? – spytała, chowając sztylet.
Przyjrzała się wściekła swojemu gościowi. Mężczyzna miał na sobie luźno zwisające spodnie w czerwono czarne, pionowe pasy. Czarne, skórzane buty, podbite grubą podeszwą były już znoszone i brudne. Płaszcz, w identycznych kolorach co Verrine dokładnie przylegał przy jego ciele, rozszerzając się od pasa do łydek. Ręce miał ukryte w rękawiczkach, noszonych przez magów – z odkrytymi palcami. W prawej dłoni dzierżył długi, dobrze naostrzony miecz. Przeniosła wzrok na jego twarz.
Jak zwykle się uśmiechał, ironicznie, drwiąco. Przyglądał się jej tymi swoimi lekko zmrużonymi oczami o czerwonych tęczówkach. Jego krucze włosy były związane na karku w luźny węzeł, za pomocą czarnej wstążki trzymały się i nie zasłaniały jego twarzy.
Nie powinno cię tu być, Astaroth.
Ale jestem, by jak zwykle uratować twój tyłek, kotku.
Nie mów do mnie kotku!
Ostrze trzymane przez chłopaka mocniej wbiło się w jej skórę. Poczuła jak stróżka krwi zaczęła spływać po jej szyi.
Chcę ci powiedzieć, że zostałaś sama. Wszyscy twoi pomocnicy dostali fałszywe rozkazy, niby od ciebie i aktualnie są w drodze na drugą stronę miasta…
Miałeś coś z tym wspólnego?
Twój cel posługuje się magią, nie musiałem mu pomagać. Jest całkiem dobry, a jego zaklęcia zabiłyby cię po pierwszym ataku. Wie, że tu jesteś… W sumie to dowiedział się wszystkiego, co chciał wiedzieć. A wszystko przez to, że dumna Verrine unika magii jak Skrytych.
Skąd…
Najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć. Informacje, które otrzymała o celu, były jednoznaczne, nie mówiły o „całkiem dobrym magu”! Miało nie być problemów! Chciała zakończyć tą sprawę jak najszybciej i dostać ten cholerny awans! Westchnęła i tupnęła nogą ze złości. Chłopak widząc jej reakcję ukrył miecz pod płaszczem. Z przyjemnością oglądał, jak zaczyna się denerwować, jak toczy bitwę wewnątrz siebie. Do tego ta chęć mordu w jej oczach!
To ty zmieniłeś dane mojego celu?
Nie.
A miałeś cos z tym wspólnego?
Tylko się szerzej uśmiechnął. Verrine westchnęła z irytacji.
Cholera, Astaroth! To może się bardzo źle skończyć dla nas!
Nie stanie się tak, bo ja tu jestem. No, beze mnie na pewno byś zginęła! Jednak też nie martw się o podział pieniędzy za zaliczoną misję, jest ich dwóch więc dostaniemy po połowie…
Dwóch!? Astaroth ja cię kiedyś zabiję! Jakieś jeszcze niespodzianki o których nie wiem?
Nie są do końca ludźmi. Magiem zajmę się ja, a ty tym patałachem, co myśli, ze umie posługiwać się sztyletami.
Miał być tylko jeden trup…
Będą dwa. Chodź, musimy się przenieść tam gdzie oni.
Uciekli nam!?
Odwróciła się i spojrzała w dół. Usłyszała jego śmiech. Zirytowana kopnęła leżący kamyk.
Przenieśli się gdzieś indziej za pomocą magii?
Tak. Rzucili nam wyzwanie, a ja je przyjąłem.
Dobra, nie czas na rozmowy! Przenieś nas do nich, już!
Za chwilę. Tylko jeden szczegół, chcę używać swojej pełnej mocy podczas walki.
Dziewczyna wściekła jak nigdy dotąd nie skojarzyła o czym on mówił. A gdy w końcu zrozumiała było za późno na protesty. Złapał ją delikatnie i odchylił jej głowę do tyłu. Zbliżył się, poczuła jego ciepły oddech owiewający jej szyję. Przejechał po skórze językiem, zlizując całą krew, która wypływała z nacięcia. Przyłożył usta i zębami zrobił większą ranę.
Chciał więcej. Poczuł jak dotąd uśpiona moc budzi się, rozprzestrzenia po jego ciele.
Verrine zaczęła się wyrywać. Odskoczyła od niego, łapiąc się za szyję. Astaroth oblizał się, a jego oczy rozbłysły jeszcze ostrzejszą czerwienią.
Nigdy więcej tego nie rób!
Kotku, na tym polega nasz pakt. Przyzwyczajaj się. A ty nie chcesz…?
Nigdy! Przenoś nas, już!
W jednej chwili grunt uciekł jej spod nóg, a świat wybuchł kalejdoskopem barw. Zamknęła oczy i zacisnęła pięści. Nienawidziła tego. Zaraz potem poczuła zapach deszczu i mokrego lasu, następnie wylądowała w wilgotnej trawie. Otworzyła natychmiast oczy i rozejrzała się.
Przenieśli się na polankę, gdzieś w środku lasu. Cała przestrzeń była dokładnie oświetlona magicznymi płomieniami. Dzięki nim dostrzegła ich przeciwników, stojących niedaleko.
A na środku w ziemię wbita była włócznia, oznaczająca uczciwy pojedynek, jeden na jednego. Tradycja, która powoli się zatraca. „Trafili się rycerze z dawnego królestwa, niech ich szlag” pomyślała Verrine i powoli ściągnęła z siebie pelerynę.
Na pierwszy rzut oka widać było, że nie są do końca ludźmi. Jeden z nich, miał na sobie zniszczone ubrania uczonego, psie uszy, wystający ze spodni ogon oraz łapy zamiast rąk i stóp. Jego kolega, który trzymał sztylety w obydwu ludzkich dłoniach miał psi pysk zamiast twarzy, sierść zamiast włosów i lekko oklapnięte uszka. Jedynie jego oczy pozostały ludzkie. Na odsłoniętych ramionach dało się zauważyć sporo blizn oraz świeże rany. Miał na sobie lekko dziurawą kolczugę. Można było również dostrzec, że jego nogi były schowane za normalną zbroją.
Verrine zaklęła i zaczęła rozmasowywać sobie ramiona. Zapowiadała się ciężka walka. Zaczęła się bać, że może przegrać.
Nie możesz przegrać, Ver – odezwał się poważnie Astaroth. Uśmiech zniknął z jego twarzy. – Twoja porażka jedynie utrudni nam życie, wiesz?
Wiem! Martw się lepiej o siebie.
Ich wrogowie podeszli bliżej włóczni, więc i oni zrobili to samo. Dziewczyna swoją pelerynę zawiesiła na jej rękojeści, zaznaczając tym samym, że wyzwanie zostało przyjęte.
Czysta walka – odezwał się psi mag. Jego głos był dziwnie zmutowany. – Walka trwa aż do śmierci przeciwników. Żadnych sztuczek. Wiecie co to znaczy, psy Ignis?
Nie sądzę byś ty ze swoim wyglądem mógł nazywać nas psami – odpowiedział Astaroth, a jego pewność siebie wróciła.
Ten co trzymał sztylety zawarczał. Verrine miała ochotę mu odpowiedzieć. Chłopak to zauważył i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Zaczynamy?
Oboje kiwnęli głowami. Astaroth przeszedł na drugą stronę polany, a przeciwnik dziewczyny zbliżył się do niej. Honorowa walka pozwalała przygotować się do niej, przez pięć minut. Obydwoje bez słów się zrozumieli, zajęli miejsca naprzeciwko i zaczęli się rozciągać.
U magów walka się już rozpoczęła. Słyszała wykrzykiwane zaklęcia i ścierające się ze sobą dziwne magie. Nie patrzyła w ich stronę. Miała na głowie własne problemy, aktualnie gapiące się na nią z otwartą paszczą pełną ostrych zębisk.
Odpięła od siebie długą pustą pochwę, by nie przeszkadzała jej w walce. Złapała miecz do ręki i zrobiła kilka zamachów, rozluźniając nadgarstek. Ostrze było obusieczne, wykonane przez świetnych rzemieślników z Coelu. Dostała go od matki, gdy ta jeszcze żyła. Do drugiej ręki wzięła sztylet, by móc się lepiej bronić.
Odetchnęła głęboko, przybrała pozycję i kiwnęła głową, że jest gotowa do walki. Psi wojownik wstał, cicho warknął i ruszył w jej stronę.
Od strony magów usłyszała skowyt ranionego psa.
Nie zdążyła mrugnąć okiem, a jej wróg już był przy niej. Siedem metrów pokonał jednym, długim skokiem. Jej miecz cicho jęknął, gdy zderzył się ze sztyletem, wzmocnionym czarami. Poczuła, że jego drugie ostrze przecięło jej nagą skórę na ramieniu. Szybko odskoczyła, robiąc dwa salta w tył. Pomyślała, że to nie jest mądre z jej strony stawać do walki w zwykłej koszulce na krótki rękaw. Gdy ta myśl pojawiła się w jej głowie, przeciwnik już był przy niej. Nie dawał jej chwili wytchnienia, w powietrzu ciągle rozbrzmiewał dźwięk uderzanych o siebie ostrzy. Psi wojownik ciągle na trafiał na doskonałą obronę. Zdołał ją zranić zaledwie kilka razy.
Niestety obrona to nie wszystko. Pies był niesamowicie szybki. W jednej chwili pojawiał się po prawej i ciął szybkim ruchem z góry, celując w szyję, by zaledwie ułamek sekundy później pojawiać się z lewej strony, tnąc po jej nogach. Verrine szybko zrozumiała, że w takim tempie przegra. Jednocześnie wściekła się, bo wyczuła od niego magię.
I kto tu nie używa sztuczek, głupi kundlu!
Skupiła się. Postanowiła zmienić obecną sytuację. Odbiła jeden sztylet za pomocą miecza, pozwoliła się zranić drugim. Przeciwnik zaskoczony brakiem obrony nie odskoczył. Ostrze wbiło się w jej ramię, jednak nie poczuła bólu. Wykonała szybki piruet, podcięła go i zadała cios krótszym ostrzem, wbijając je w odsłonięte plecy. Zarył pyskiem w ziemię, a w miejscu trafienia zaczął rozkwitać czerwony kwiat, otaczając srebrną rękojeść. .
Verrine wyrwała sztylet, pozwalając krwi swobodnie płynąć po jej ręce. Na twarzy psa odmalowała się panika, gdy odczuł wszystkie drobniejsze rany, zadane przez dziewczynę. Nie spostrzegł, gdy znów zaatakowała. Tym razem trafiła w jego lewą dłoń, przez co pies musiał wypuścić swój drugi sztylet. Gdyby użyła większej siły, mogłaby mu ją odciąć.
Poczuła ból. Nie dostrzegła gdy pies wyciągnął trzecie ostrze i rzucił nim. Swobodnie przeszło przez jej brzuch. Następnie kopnął ją z całej siły w pierś, łamiąc tym samym kilka żeber. Poczuła, że traci grunt pod nogami. Przeleciała w powietrzu kilka metrów do tyłu, a drzewo, które ją zatrzymało, wycisnęło całe powietrze z jej płuc. Osunęła się na ziemię z cichym jękiem. Zaczęła kaszleć krwią, tak samo jak czołgający się w jej stronę pies. Wyciągnęła ze spodni krótkie ostrza, wielkości jej wskazującego palca, które były idealne do rzucania. Wiedziała, że nie da rady wstać i musiała go pokonać będąc w takiej pozycji.
Dysząc, wycelowała i rzuciła, trafiając w cel – prawe oko psa. Po lesie rozniósł się okropny skowyt, wywołujący dreszcze na plecach. Drugi nożyk przemknął nad jego głową, lekko raniąc sterczące ucho. Trzecie wbiło się w futrzaną szyję psa. Następne dwa przeleciały obok niego, wbijając się kilka metrów dalej w ziemię. Miała nadzieję, że jej wróg się wykrwawi nim dotrze do niej. Nie miała siły wstać. Próbowała ignorować ból, który nachodził ją falami. Nogi jej drżały, z ust sączyła się krew, a rękami tamowała teraz to, co wypływało z ran na brzuchu.
Psi wojownik wyglądał upiornie ze sklejoną sierścią, z sztyletami wystającymi z oczodołu i szyi. Miał na wpół odciętą rękę, którą ponuro wlekł za sobą. Czerwień wypływała z jego pyska, zostawiając plamy na trawie. Głośno warknął, zaskamlał i padł martwy na kilka metrów od leżącej Verrine. Odetchnęła.
W tej chwili potrzebowała Astarotha. Musiała trafić do Corban, inaczej nie wyjdzie cało z tej bitwy. Musi zdać raport… Miała wrażenie, że cała grupa oberwie i będzie musiała odpracowywać najgłupsze kary, a chłopak zostanie nagrodzony. Zawsze tak było, ta misja miała to zmienić!
Z wielkim wysiłkiem i z marnymi skutkami próbowała wstać. Po wielu próbach, przekleństwach i nowego bólu, bólu naciągniętych mięśni, udało jej się, jednak od razu kolana się pod nią ugięły. Nie miała siły, na nic.
Poczuła, jak ktoś ją łapie.
Złożyłbym ci gratulacje, gdyby nie to, jak wyglądasz.
Bardzo śmieszne, spojrzałbyś na siebie.
Astaroth też dobrze nie wyglądał. Ubranie miał w strzępach, krew ciekła mu ze wszelkich możliwych miejsc, a jego dłonie były poparzone od magii.
Muszę zebrać swój sprzęt…
Zebrałem już.
Zabierz mnie do Corban…
Dobrze. Należy ci się odpoczynek.
Nie była pewna, czy te słowa padły z jego ust czy je sobie wyobraziła. Gdy chłopak ich przeniósł z powrotem do miasta ledwo potrafiła utrzymać się na granicy rzeczywistości a omdlenia. Traciła kontakt ze światem. A miała tyle rzeczy jeszcze do zrobienia…!
Zresztą, nie ważne… Astaroth się tym zajmie…