19 marca 2010

Wrażliwość.

Nie umiem płakać.
Czy to źle?

Pamiętam, że jak byłam młodsza to płakałam z każdego nadającego się powodu.
Bo ulubiona postać z książki umarła.
Bo w filmie było zakończenie typu „żyli długo i szczęśliwie”.
Bo dostałam uwagę.
Bo widziałam rozjechanego kota.
Bo zdeptałam pająka.
Bo pokłóciłam się.
Bo jestem coraz starsza.
Bo chcę.

A teraz?
Teraz nic.

Żadna śmierć fikcyjnej postaci, żadne szczęśliwe zakończenie, uwagi, rozjechane koty, zdeptane pająki, kłótnie, ani chęci i wizje śmierci. Po prostu nie potrafię.
Jeżeli się wzruszę to zaczynam ziewać. Tak, ziewać. Czasami zaczynają mnie piec oczy.
I nic poza tym.

Wrażliwość… zniknęła.
Czy to źle?

Myślę, że moja nieczułość jest strategią na uniknięcie bólu. Albo ta cała wrażliwość zniknęła przez zadany ból.
Właściwie to nawet się cieszę. Jednak to jest okropne zarazem.
Nie potrafię się przywiązywać, przez co nie rozpaczam, gdy coś stracę.
Nie umiem ufać, dzięki czemu nie przeżywam zawodów przez złamane obietnice.
Unikam poważniejszych zadań, związków, przyjaźni, ponieważ wiem, że się nie sparzę.

Może i jestem tchórzem, ale czuję się bezpiecznie w tym kloszu, który sobie stworzyłam. Jest mi dobrze samej w swoim świecie.

Kiedyś. Kiedyś na pewno opuszczę swój świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz