25 marca 2010

Ocena.

Niedawno zgłosiłam swojego bloga z opowiadaniem do oceny. Czekam, czekam, aż w końcu się doczekałam. Tak, dzisiaj mogłam przeczytać, jaki mam beznadziejny blog!
A ja się uśmiechałam. Dialogi, w moim wykonaniu są straszne, mam milion błędów, a o samodzielnie robionych szablonach lepiej nie wspominać!
Właściwie nie dowiedziałam się niczego nowego. Niestety naszły mnie myśli, których nie znoszę.

Czy naprawdę jestem taka beznadziejna, w robieniu tego, co lubię?
Uwielbiam pisać. Opowiadania, jakieś one-shoty.
Poezję zostawię panu Timarthowi, który pisze wspaniałe wiersze.

Chyba powinnam się zastanowić nad rzuceniem pisania opowiadań w diabły i zajęciem się w końcu plastyką oraz szkicami potrzebnymi do szkoły.
To miałoby sens. Skoro się nie nadaję, to usunę blogi i wszyscy będą happy. A ja wrócę do moich ołówków i pasteli. Może zajmę się też gitarą, przecież obiecywałam sobie to tyle razy.

A jak się znowu okaże, że jestem beznadziejna to pójdę dalej.
Eh, chyba najlepiej mi wychodzi czytanie książek.

Ten dylemat zostawię sobie na wieczorne przemyślenia.
Teraz muszę się zająć szkicami. Może najdzie mnie jakaś myśl i je kiedyś tutaj opublikuję.

Eh, co ja gadam. Cola rzuciła mi się na mózg.

21 marca 2010

Podsumowanie tygodnia.

Robię to zawsze, gdy leżę już w łóżku ze słuchawkami na uszach i próbuję spać. Rzadko dochodzę do jakiś ciekawych i inteligentnych wniosków, jednak pozwala mi to poukładać w głowie.

Od poniedziałku do środy, były rekolekcje, przez co nie miałam normalnych lekcji w szkole. Na dwa dni pojechałam do dziadka. Jak zwykle dokuczałam kuzynowi, on dokuczał mnie. Ponarzekałam na ich zbiorowe palenie i oczywiście zeszło na temat, czy ja palę.
Nic nowego, po prostu zwykły dzień w mojej rodzinie.

W czwartek poszliśmy z klasą na targi. W sensie, szliśmy do innej szkoły, aby po dowiadywać się o szkołach ponad gimnazjalnych. Dostałam ulotkę tej mojej wymarzonej i wróciłam do domu. Na moje szczęście byliśmy w technikum, które stoi ulicę dalej od mojego miejsca zamieszkania.

A w piątek był tak zwany „Mam talent!”. Co za durnota! Najpierw były konkursy klasowe, później pokazy mam talentów. Było jakieś durne przedstawienie o mitologii, dwa pokazy tańców, trzy śpiewy i jedno bitowanie, czy jak to się zwie. Dziewczyna z naszej klasy dostała drugie miejsce, dzięki czemu dostaliśmy dzień na wyjście do kina bez lekcji w maju.

W sobotę dostałam kosza, w pewnym sensie. Dziewczyna, którą znam od dwóch lat stwierdziła, że nie chce mieć więcej nic wspólnego.
Pewnie, znam swoje wady, nawet rozumiem jej decyzję. Ale jakoś, gdy ona nawijała cały czas o jednym chłopaku, przez ponad rok to nie narzekałam, ze mam dość. A miałam. Mój brak wrażliwości w porównaniu do jej narzekania i jęczenia „jaki to świat jest okrutny” jest naprawdę małym problemem. No nie moja wina, że chciałaby bym była zazdrosna. Bym zadawała jej durne pytania typu „co robiłaś, z kim, po co, kiedy, o której?” Wiem to, ponieważ jeszcze niedawno się jej pytałam, czego ode mnie oczekuje.
Tak, błędy leżały po obydwu stronach. Nawet nie śmiem twierdzić, że nie zawiniłam. Problem leży w tym, iż ona tak myśli. Że to definitywnie i wyłącznie moja wina.

No cóż, stało się. Chyba raczej tego nie naprawię, choćbym próbowała. Bym musiała po prostu udawać definitywnie inną osobę, niż jestem.

A stres mnie zżera. Jutro jadę do tej szkoły, na zajęcia przygotowujące do egzaminów wstępnych. Mam wielką gulę w gardle i cały czas po głowie krążą durne myśli. Boję się, boję się jak cholera.

19 marca 2010

Wrażliwość.

Nie umiem płakać.
Czy to źle?

Pamiętam, że jak byłam młodsza to płakałam z każdego nadającego się powodu.
Bo ulubiona postać z książki umarła.
Bo w filmie było zakończenie typu „żyli długo i szczęśliwie”.
Bo dostałam uwagę.
Bo widziałam rozjechanego kota.
Bo zdeptałam pająka.
Bo pokłóciłam się.
Bo jestem coraz starsza.
Bo chcę.

A teraz?
Teraz nic.

Żadna śmierć fikcyjnej postaci, żadne szczęśliwe zakończenie, uwagi, rozjechane koty, zdeptane pająki, kłótnie, ani chęci i wizje śmierci. Po prostu nie potrafię.
Jeżeli się wzruszę to zaczynam ziewać. Tak, ziewać. Czasami zaczynają mnie piec oczy.
I nic poza tym.

Wrażliwość… zniknęła.
Czy to źle?

Myślę, że moja nieczułość jest strategią na uniknięcie bólu. Albo ta cała wrażliwość zniknęła przez zadany ból.
Właściwie to nawet się cieszę. Jednak to jest okropne zarazem.
Nie potrafię się przywiązywać, przez co nie rozpaczam, gdy coś stracę.
Nie umiem ufać, dzięki czemu nie przeżywam zawodów przez złamane obietnice.
Unikam poważniejszych zadań, związków, przyjaźni, ponieważ wiem, że się nie sparzę.

Może i jestem tchórzem, ale czuję się bezpiecznie w tym kloszu, który sobie stworzyłam. Jest mi dobrze samej w swoim świecie.

Kiedyś. Kiedyś na pewno opuszczę swój świat.

17 marca 2010

Zagubione "ja"

Dosyć niedawno odkryłam, że zgubiłam siebie.
Zgubiłam tą prawdziwą siebie, swoją osobowość. Nie wiem, kiedy, po prostu doszłam do wniosku, ze jestem… inna.
Gdzieś na drogach życia zgubiła się ta siedmioletnia, wiecznie uśmiechnięta, roztrzepana dziewczynka ze strupami na kolanach, od potykania się. Zniknęła ta beztroska, radość z życia, uczucie wolności.
Tak, zgubiłam wolność. Tą beztroską się nie przejmuję, to nawet dobrze, że nie wyrosłam na rozkapryszoną jedynaczkę.

Czuję ścisk życia. Nie potrafię wziąć pełnego, głębokiego oddechu bez bólu, gdzieś tam w środku. Mam wrażenie jakby wielki, dziesięciokilowy kocur siedział mi na piersi i wbijał pazury.

Właściwie to nie wiem, kim jestem. Ani kim chcę być. Za każdym razem odgrywam kogoś innego, zawsze ta prawdziwa ja gdzieś się chowa. I nie mam pojęcia, czemu.
Dlaczego w szkole jestem inna to nawet potrafię zrozumieć. Wiem, że ludzie nie potrafiliby zaakceptować mnie taką, jaka naprawdę jestem. Lubię samotność, jednak nie chcę być sama stojąc wśród ludzi.
W domu udaję po to, by spełnić oczekiwania rodziców. Jako jedyne ich dziecko, muszę być przecież idealna. Próbuję, naprawdę próbuję. Chociaż tutaj to często wyłazi z kieszeni najgorsza moja cecha – lenistwo. Ale to nic, staram się zmienić.

Wczoraj, siedząc na parapecie i patrząc w wirujące płatki znienawidzonego przeze mnie śniegu zrobiłam konfrontację. Z sobą. A właściwie każdej mnie. Ja w szkole, w domu, w towarzystwie oraz ta, wyciągnięta z głowy.

Bezsensu. Odkryłam, że prawdziwej mnie nie ma wśród nich. Jestem w częściach.
Tak, jestem w rozsypce. Jak puzzle tyle, że brakuje mi pasujących do siebie elementów.

Może, gdy będę starsza uda mi się złożyć układankę z miliona elementów mojego życia.

15 marca 2010

Oczyścić umysł.

Po prostu musze się wypisać. Wylać na coś swoje myśli, bo krążą po mojej głowie jak wygłodniałe sępy. Pamiętniki zwykle porzucam po kilku próbach uwiecznienia uczuć na papierze, nie zdziwię się również, jeżeli i ten blog za niedługo zniknie.

No tak, miły początek. Jednak wypadałoby się przedstawić. Mówcie na mnie Vanil, proste. Imię mam idiotyczne, niech pozostanie w tajemnicy. W tym roku skończę szesnaście lat. Jeśli chodzi o wygląd pozostawiam wam wolną rękę.

Tak jak już mówiłam, będę tutaj pisać. Tak, pisać. Przemyślenia i inne tego typu teksty. Mam nadzieję, że uda mi się oczyścić umysł.


Hym, piętnaście lat... Wydaje się, że jestem 'gówniarzem'. Jednak dużo przeszłam, naprawdę. Ale nie będę zajmować się przeszłością, wolę nie wracać do dawnych lat. Musze poważnie zastanowić się nad przyszłością, oraz nad tym, co powinnam zmienić w teraźniejszości.
Aby było lepiej.

Właściwie dzisiaj postawiłam krok w stronę przyszłości. Wybór następnej szkoły, oczywiście. W końcu - za pięć tygodni testy. Byłam tam, w tej szkole oczywiście. Myślicie pewnie, jaka to szkoła? Technikum, proszę państwa. Plastyczne technikum. Weszłam w połowie zajęć z rysunku, była kupa ludzi oraz model na środku.
Zresztą, podziwiam tego chłopaka. Siedział tam, w odpowiedniej pozie, nie ruszał się. W ogóle. Nie przejmował się, że zostaje uwieczniony na kartkach, że obserwują go inni. Nawet się nie zaśmiał.
Chciałabym mieć tak wszystko w dupie, jak on.

Tak więc rozmawiałam z nauczycielką. Przyniosłam moje zeszyty z rysunkami, pokazałam. Nie powiedziała, że jej się nie spodobały, ale widziałam to po jej oczach. W końcu, to była sama manga. Kazała mi założyć zeszyt z rysunkami, ale taki inny. Z rzeczami prawdziwymi.
Muszę wyjść z mojej głowy narysować świat otaczający mnie. Eh.
Natomiast spodobała jej się praca, z żeglarzem, który zrobiłam w prezencie dla wujka. Szczerze mówiąc, poczułam taką dziwną... satysfakcję. Tak, w końcu prawdziwej artystce spodobało się coś, co zrobiłam JA, taka zwykła dziewucha z ulicy.

Za tydzień ja będę szła na te zajęcia. Będę rysować modela, poznawać nowych ludzi. Jednocześnie chcę i boję się. Chociaż, bardziej to drugie.

Za błędy przepraszam. Istnieje takie coś jak dysortografia, wiecie? Właśnie to mam.
Do następnego 'czyszczenia umysłu'.