Tak. Jutro pierwszy dzień. Koszmar, który ziści się wraz z godziną dziewiątą, na pierwszym apelu, w nowej szkole, z nowym towarzystwem.
Moja klasa będzie składać się z dziewiętnastu osób, ze mną włącznie. Cała szkoła, gdy pierwszaki dojdą będzie liczyć siedemdziesiąt ileś uczniów. Więc, to jest naprawdę malutka szkoła z wielkimi wymaganiami.
Do lekcji podstawowych dochodzą również zajęcia plastyczne. Mnóstwo zajęć... Ale, całe szczęście, fizyka odpada w drugiej klasie, a chemia w trzeciej. Bardzo dobrze, nigdy nie były moimi mocnymi stronami.
Jednak przez to, mogę zapomnieć o zdawaniu na medycynę sądową, w szczególności na tanatologię. Szkoda tylko, że zaczęłam myśleć o tym dopiero teraz, czyli o trzy lata za późno. kolejne marzenie wyszło na samobójczy spacer po lesie w nocy...
Patrząc na poprzedni plan pierwszorocznych, idzie się załamać. Codziennie od ósmej, trzy razy w tygodniu do szesnastej czterdzieści, rad do piętnastej pięćdziesiąt, a w piątek do czternastej dziesięć. Cu-Do-Wnie.
No cóż, trzeba się przestawić na naukę, wczesne wstawanie i późne kończenie. Zapowiada się niezła jazda, zwłaszcza po gimnazjum w którym kompletnie nic się nie nauczyłam.
Naprawdę. Co ja sobie myślałam wybierając szkołę z całkiem niezłym prestiżem, po gimnazjum, gdzie patologia i granie w karty na lekcjach było codziennością. Powodzenia.
Ale, leżąc wieczorem w łóżku stwierdziłam, że boję się jednej rzeczy.
I to bynajmniej nie jest nowa szkoła.
Chociaż, niech ta myśl pozostanie ze mną, aż do końca.
Bezsensu.
31 sierpnia 2010
13 sierpnia 2010
Miejsce, które wychowało.
Patrzę przez okno i widzę miejsce, tak niezmienne od tylu lat. Miejsce, dzięki któremu wydarzyło się tyle dobrego i tyle złego. Narodziło się mnóstwo wspomnień, kilka blizn, gdzie nawiązywało się przyjaźnie i odbywało pierwsze kłótnie. Miejsce pierwszych porażek i zwycięstw. Miejsce pierwszych głębszych uczuć.
Podwórko.
Z każdą rzeczą, starą zardzewiałą huśtawką, obdrapanym trzepakiem, źdźbłem trawy, gałązką drzewa, są powiązane wspomnienia. Gdyby je można było zobaczyć, na przykład jako białe sznurowadła, na pewno to miejsce byłoby strasznym kłębowiskiem.
Stara jabłoń dzięki której nauczyłam się chodzić po drzewach.
Wysoki murek, oddzielający od firmy ocieplanej, gdzie zawsze trzeba było chodzić, gdy zapodziała się piłka.
Wredne dzieci wrzeszczące przezwiska zza siatki, z miejsca, które kiedyś było przedszkolem, a teraz jest nowoczesną kliniką. Czas, kiedy to miejsce zostawało pod niczyją opieką i ganianie przez wojskowych, gdy tylko nas znaleźli, bawiących się na pozostałościach, drabinach, oponach i drzewach.
Parking, gdzie nauczyłam się jeździć rowerem.
Pierwsze interesy, a jakże, wymienianie się karteczkami.
Chwalenie się swoimi osiągnięciami.
Zabawy z przyjaciółmi.
Ziemia, która pochłonęła twoje pierwsze domowe zwierzątka.
To uczucie, że jest się od kogoś gorszym, tylko dlatego, że nie miało się najnowszej gry.
Czas, gdy nasze drzewo, na którym wyryliśmy nasze przezwiska zawaliło się i zostało wycięte.
Uczucie, że może się wszystko, gdy tylko dostawało się łopatkę i trochę miejsca w piaskownicy.
Pierwsze skręcenie nogi, rozbicie czoła, ugryzienie pszczoły.
Pierwszy raz, gdy wyrywało się nogi pająkom, nie wiedząc, że to złe.
Karmienie kotów w lecie i ptaków w zimę.
Bezczynne leżenie i gapienie się w niebo, nie czując upływającego czasu. Gdy nic cię nie goniło.
Mogło się wszystko. A później… Zaczęła się szkoła.
Przez kilka lat, nic się nie zmieniło. Nadal spędzaliśmy mnóstwo czasu razem na podwórku, nie czując lat ani różnicy płci.
A później, wszystko uległo zmianie. Różnice między nami przykrywały oczy, a zabawy z dzieciństwa wydawały się głupie, za dziecinne.
Chciałeś być dorosły, mimo, że byłeś jeszcze dzieckiem. Zazdrość, że niektórzy byli starsi od ciebie i mogli więcej. Nic bardziej mylnego.
Wszystko się zmieniło.
Podorastaliśmy. Każdy znalazł nowych znajomych, porozchodziliśmy się po różnych szkołach.
Powyprowadzali się, skończyli osiemnaście lat. A teraz, za dwa lata i ja osiągnę ten wiek, wymarzony wiek dziewięcioletniej mnie.
Jako dziesięciolatek marzyłeś by być dorosłym, tylko po to by dłużej posiedzieć na podwórku z przyjaciółmi. Teraz, prawie dorosły marzysz o ponownym byciem dzieckiem i odzyskaniu tej beztroski.
Nie ma siły, czas jest bezlitosny.
Może teraz, nasze widma z przeszłości znów się bawią, jak kiedyś. Są dziećmi nie czującymi presji przyszłości ani upływających lat, a ich najtrudniejszą decyzją do podjęcia jest, w co by się dzisiaj pobawić?
Tak. Może. Niech oni się bawią.
Przez jakiś czas wszystko stało nie ruszane. Teraz, nadeszło nowe pokolenie… Nowe dzieci zajęły nasze miejsca, czyniąc to miejsce mniej samotnym.
Mam nadzieję, że przeżyją swe najlepsze chwile właśnie na tym podwórku. Z nowymi przyjaciółmi, z nowymi pomysłami.
A za kilka lat… Poznają smak czyhającego na ich niewinne umysły życia. Za kilka lat.
Niech to miejsce wychowa kolejne pokolenie. I zaśnie na wieki, póki nie wprowadzą się nowe dzieci.
To uczucie melancholii… Chyba nigdy mnie nie opuści.
Podwórko.
Z każdą rzeczą, starą zardzewiałą huśtawką, obdrapanym trzepakiem, źdźbłem trawy, gałązką drzewa, są powiązane wspomnienia. Gdyby je można było zobaczyć, na przykład jako białe sznurowadła, na pewno to miejsce byłoby strasznym kłębowiskiem.
Stara jabłoń dzięki której nauczyłam się chodzić po drzewach.
Wysoki murek, oddzielający od firmy ocieplanej, gdzie zawsze trzeba było chodzić, gdy zapodziała się piłka.
Wredne dzieci wrzeszczące przezwiska zza siatki, z miejsca, które kiedyś było przedszkolem, a teraz jest nowoczesną kliniką. Czas, kiedy to miejsce zostawało pod niczyją opieką i ganianie przez wojskowych, gdy tylko nas znaleźli, bawiących się na pozostałościach, drabinach, oponach i drzewach.
Parking, gdzie nauczyłam się jeździć rowerem.
Pierwsze interesy, a jakże, wymienianie się karteczkami.
Chwalenie się swoimi osiągnięciami.
Zabawy z przyjaciółmi.
Ziemia, która pochłonęła twoje pierwsze domowe zwierzątka.
To uczucie, że jest się od kogoś gorszym, tylko dlatego, że nie miało się najnowszej gry.
Czas, gdy nasze drzewo, na którym wyryliśmy nasze przezwiska zawaliło się i zostało wycięte.
Uczucie, że może się wszystko, gdy tylko dostawało się łopatkę i trochę miejsca w piaskownicy.
Pierwsze skręcenie nogi, rozbicie czoła, ugryzienie pszczoły.
Pierwszy raz, gdy wyrywało się nogi pająkom, nie wiedząc, że to złe.
Karmienie kotów w lecie i ptaków w zimę.
Bezczynne leżenie i gapienie się w niebo, nie czując upływającego czasu. Gdy nic cię nie goniło.
Mogło się wszystko. A później… Zaczęła się szkoła.
Przez kilka lat, nic się nie zmieniło. Nadal spędzaliśmy mnóstwo czasu razem na podwórku, nie czując lat ani różnicy płci.
A później, wszystko uległo zmianie. Różnice między nami przykrywały oczy, a zabawy z dzieciństwa wydawały się głupie, za dziecinne.
Chciałeś być dorosły, mimo, że byłeś jeszcze dzieckiem. Zazdrość, że niektórzy byli starsi od ciebie i mogli więcej. Nic bardziej mylnego.
Wszystko się zmieniło.
Podorastaliśmy. Każdy znalazł nowych znajomych, porozchodziliśmy się po różnych szkołach.
Powyprowadzali się, skończyli osiemnaście lat. A teraz, za dwa lata i ja osiągnę ten wiek, wymarzony wiek dziewięcioletniej mnie.
Jako dziesięciolatek marzyłeś by być dorosłym, tylko po to by dłużej posiedzieć na podwórku z przyjaciółmi. Teraz, prawie dorosły marzysz o ponownym byciem dzieckiem i odzyskaniu tej beztroski.
Nie ma siły, czas jest bezlitosny.
Może teraz, nasze widma z przeszłości znów się bawią, jak kiedyś. Są dziećmi nie czującymi presji przyszłości ani upływających lat, a ich najtrudniejszą decyzją do podjęcia jest, w co by się dzisiaj pobawić?
Tak. Może. Niech oni się bawią.
Przez jakiś czas wszystko stało nie ruszane. Teraz, nadeszło nowe pokolenie… Nowe dzieci zajęły nasze miejsca, czyniąc to miejsce mniej samotnym.
Mam nadzieję, że przeżyją swe najlepsze chwile właśnie na tym podwórku. Z nowymi przyjaciółmi, z nowymi pomysłami.
A za kilka lat… Poznają smak czyhającego na ich niewinne umysły życia. Za kilka lat.
Niech to miejsce wychowa kolejne pokolenie. I zaśnie na wieki, póki nie wprowadzą się nowe dzieci.
To uczucie melancholii… Chyba nigdy mnie nie opuści.
02 sierpnia 2010
Wróciłam. Wypoczęta?
Dwa tygodnie poza domem. Kiedyś, spędzałam je z wielkim entuzjazmem zwiedzając wszystko co się dało, bywając na koloniach, obozach. Teraz ten czas spędzany poza domem albo sie dłuży, albo jest za krótki.
Właściwie pierwszy tydzień bardziej mi się podobał. Zwiedzaliśmy dużo, było mnóstwo wycieczek i tak dalej... Jedyne co ominęłam to dzień zdobywania Śnieżki, ponieważ stara kontuzja w kostce sie odezwała i nie mogłam chodzić. Porobiłam mnóstwo zdjęć. Na każdym jest sam krajobraz, bez ludzi. Nie moja wina, ze ludzie mnie nie interesują. Zdjęcia bez nich są ładniejsze.
Stwierdzam, że potrzebuję nowego aparatu. Ten nie robi zbyt pięknych fotografii, a gdy tylko robi się ciemno jest kompletnie do D., ponieważ przez flesz na zdjęciach wychodzą jakieś okropne pikseliki.
Drugi tydzień minął pod znakiem narzekania. Prawie cały czas nocowałam u kuzyna, nie chciałam siedzieć nad jeziorem w jakimś zapajęczonym domku. Nie miałabym nic przeciwko, ale byłam tam odcięta kompletnie od wszystkiego. Nie było zasięgu, ciepłej wody, za to mnóstwo irytujących much, os i pająków.
Zamierzam pochwalić się zdjęciami, które najbardziej mi się spodobały. Podpisze to, co wiem gdzie było.
Kamienny Skrzat pod Sztolniami w Kowarach, nr.1.
Numer 2.
Numer 3.
Skalne miasto w Czechach, numer 1.
Numer 2, zdjęcie zrobione po przejściu dokładnie stu pięćdziesięciu sześciu schodach by dostać się na jeziorko.
Numer 3, wodospad wewnątrz skał.
Park miniatur w... Ścięgnach, chyba. Numer 1. Te kamyczki, wykorzystane w miniaturze były układane przez dziewięć miesięcy, przez jedna osobę. Podziw.
Numer 2.
Numer 3.
Grobowiec rodziny von Reuss, niestety tylko ten jeden zachował swój krzyż. Jakiś idiota zamalował wszystkie napisy czerwonym sprayem.
Praga, numer 1. Rozeta jakiegoś największego kościoła.
Numer 2. Wejście do tegoż kościoła.
Numer 3. Jeden jego filar.
Numer 4. Jakaś rzeźba stojąca pod nim. Podobno bardzo ważna w kulturze chrześcijańskiej, ale szczerze mówiąc, nie zrozumiałam co ten przewodnik mówił.
Numer 5, Panorama Pragi widziana z winnicy.
Numer 6. Panorama po raz drugi.
Numer 7. Biały paw spacerujący po Królewskim Ogrodzie przed Senatem, który był kiedyś stajnią.
Numer 8. To zdjęcie podoba mi się najbardziej. Kawałek, a właściwie wnętrze rzeźby stojącej na podobno słynnym Moście Karola.
Mała przestroga. Jak ktoś będzie w Czechach nie powinien używać słowo "szukać". Dla nich jest to przekleństwo. Dostałam po łbie torebką i zostałam zbesztana "Jakich ty słów używasz?!" czy jakoś tak. Podobno znaczy to "pieprzyć". Podobno. Ehh.
Tylko wróciłam do domu i znowu nie mogę spać. Nie wiem, czemu, ale to chyba przez klimat. I w górach jest zdecydowanie wyżej niż tu. Jest inne powietrze. Jest inaczej. Postanowiłam się przeprowadzić w tamte okolice jak będę starsza. Żeby się porządnie wyspać.
Enjoy.
Właściwie pierwszy tydzień bardziej mi się podobał. Zwiedzaliśmy dużo, było mnóstwo wycieczek i tak dalej... Jedyne co ominęłam to dzień zdobywania Śnieżki, ponieważ stara kontuzja w kostce sie odezwała i nie mogłam chodzić. Porobiłam mnóstwo zdjęć. Na każdym jest sam krajobraz, bez ludzi. Nie moja wina, ze ludzie mnie nie interesują. Zdjęcia bez nich są ładniejsze.
Stwierdzam, że potrzebuję nowego aparatu. Ten nie robi zbyt pięknych fotografii, a gdy tylko robi się ciemno jest kompletnie do D., ponieważ przez flesz na zdjęciach wychodzą jakieś okropne pikseliki.
Drugi tydzień minął pod znakiem narzekania. Prawie cały czas nocowałam u kuzyna, nie chciałam siedzieć nad jeziorem w jakimś zapajęczonym domku. Nie miałabym nic przeciwko, ale byłam tam odcięta kompletnie od wszystkiego. Nie było zasięgu, ciepłej wody, za to mnóstwo irytujących much, os i pająków.
Zamierzam pochwalić się zdjęciami, które najbardziej mi się spodobały. Podpisze to, co wiem gdzie było.
Mała przestroga. Jak ktoś będzie w Czechach nie powinien używać słowo "szukać". Dla nich jest to przekleństwo. Dostałam po łbie torebką i zostałam zbesztana "Jakich ty słów używasz?!" czy jakoś tak. Podobno znaczy to "pieprzyć". Podobno. Ehh.
Tylko wróciłam do domu i znowu nie mogę spać. Nie wiem, czemu, ale to chyba przez klimat. I w górach jest zdecydowanie wyżej niż tu. Jest inne powietrze. Jest inaczej. Postanowiłam się przeprowadzić w tamte okolice jak będę starsza. Żeby się porządnie wyspać.
Enjoy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)